Zdjęcie: Przemysław Keller KPRP
27-01-2026 09:30
Już raz cytowany, Aleksander Walerian Jabłonowski, historyk i etnograf, w swoich "Źródłach dziejowych", zawarł sens jednego z wątków, który dzisiaj chcę poruszyć. Elementu, który dotyczy całości naszej przestrzeni wolności - o czym szerzej za chwilę. Jak to dobitnie pokazały wydarzenia minionego tygodnia, przestrzeń ta zaczyna bić wreszcie werble w jednym rytmie. Potrzeba nadal następnych kroków na tej drodze.
Ostatnie kilka dni to symboliczna realizacja wspólnego odkrywania fundamentów idei przykrytej dotąd piaskiem czasu. A jednocześnie - czego nie ukrywam - to również moja mała satysfakcja. Okazało się, że kolejna z prognoz, którą przewidziałem lata temu, materializuje się nie tylko w postaci uroczystości obchodów Powstania Styczniowego. Zrywu, którego długoterminowe skutki wtedy podzieliły, a dzisiaj jednoczą nasze narody byłej I Rzeczpospolitej.
Chcę zauważyć, że znacznie ważniejsze niż podniosłe i zresztą trafne przemówienia głów państw - przyszłej, w co głęboko wierzę - Kwadrygi Lubelskiej, było samo poczucie jedności. W poprzednim zdaniu nie ma błędu, gdyż głową państwa białoruskiego jest Swiatłana Cichanouska, której legitymizacja na niwie dyplomatycznej została już ustalona. Natomiast wracając, jeżeli opierać się tylko na treści wpisów w mediach społecznościowych, jak i komentarzach medialnych, świadomość znaczenia tej wspólnoty, dociera do coraz większej liczby obywateli naszej przestrzeni. I to właśnie staje się wartością dla następnych pokoleń.
"Nie jest to jednak tylko zmiana kulturowa czy akademicka. To zmiana stricte polityczna. Ta nowa pamięć kształtuje się w czasie, gdy imperialne ambicje Moskwy znów przybierają realną, agresywną formę. W tej sytuacji historia przestaje być neutralna. Staje się narzędziem budowania wspólnej tożsamości strategicznej w regionie." - napisał Marcin Czapliński.
Dla pewnego kontekstu wspomnę, że w tym samym czasie, kiedy w Warszawie i Wilnie obchodzono rocznicę Powstania Styczniowego, w moich rodzinnych Mysłowicach odbyły się uroczystości rocznicy innego tragicznego dla Śląska wydarzenia znanego pod nazwą Tragedia Górnośląska.
Tak określa się okres represji i zbrodni popełnionych na ludności Górnego Śląska przez Moskali i służących im komunistów po wkroczeniu na te tereny w 1945 roku. Represje obejmowały też wywózki do sowieckiej Rosji. Była to kolejna rosyjska zbrodnia przemilczana przez dekady. Jak jest ona teraz wykorzystywana przez pewne środowiska to inna rzecz. Warto zauważyć, iż mimo różnicy niemal wieku między tymi wydarzeniami, posiadają one wspólne rdzeń, niezależny od formy rządów na Kremlu: siać niewolę, śmierć i pożogę na znienawidzonym Zachodzie.
Co jeszcze ważniejsze, poza wartościami symboli, to rosnące poczucie wspólnoty sięga dalej i przybiera konkretne formy. Łotewski minister obrony, dr Andris Sprūds, który stopień doktora uzysła na Uniwersytecie Jagiellońskim, po polsku mówił o głębszej współpracy obronnej nie tylko z Łotwą. Tutaj cieszy, że trwają rozmowy polsko-łotewskie nad - modnym obecnie memorandum - szerszym porozumieniem współpracy obronnej naszych państw. Należy dodać, że kilka dni wcześniej minister Sprūds, podpisał podobne porozumienie ze Szwecją, której batalion - po raz pierwszy od XVIII wieku - pojawił się nad Dźwiną. Jeżeli podobne porozumienie z Polską przewidywałoby wzmocnienie naszej kompanii PKW Łotwa przez jednostkę np: artylerii samobieżnej lub przeciwlotniczej, to moim zdaniem, warto taką opcje rozważyć, nie tylko myśląc w kategoriach li tylko handlowych zakupu uzbrojenia.
Wniosek z tych działań jest taki sam jak w przypadku Litwy, która dywersyfikuje swoje bezpieczeństwo sojusznicze, opierając się na Polsce i Niemczech, Estonia na Wielkiej Brytanii i USA, a Łotwa na Kanadzie i Szwecji. Niezbędna jest świadomość, że poza tym, że część z tych państw jest mniej lub bardziej zdolna do pomocy w najgorszej chwili i fakt, że są one daleko. Znacznie dalej niż najważniejsza w tej układance - Polska.
Wprawdzie zdaniem prezydenta Czech Petra Pavla tegoroczne Forum w Davos uświadomiło europejskim politykom konieczność porzucenia części dotychczasowych złudzeń, to nie sposób przewidzieć, na ile jest to tylko mgła dyplomacji, a na ile rzeczywista konstatacja. „Moim zdaniem najważniejsze było to, że zdecydowana większość europejskich przywódców otrząsnęła się z pewnych złudzeń, że możemy polegać na tym, co było lata temu. Nadszedł czas, kiedy Europa musi naprawdę i bardzo szybko zacząć dbać o siebie i stać się tym, czym, moim zdaniem, powinna być już dawno temu – wspólnotą suwerennych państw, które wiedzą, że razem mogą odgrywać ważną rolę w skali globalnej, czy to w dziedzinie gospodarki, polityki, dyplomacji, czy obronności” – powiedział Pavel.
Równie ważne jest spostrzeżenie, że wbrew przewidywaniom polityków, NATO trwa. Można było się zresztą kilka dni temu przekonać o tym, że żołnierze nie przejmują się burzami politycznymi i realizują zadania, jak załoga amerykańskiego samolotu P-8 Poseidon, która startowała na patrol nad Bałtykiem z lotniska na duńskiej Jutlandii. Zagrożenia jednak są zawarte w czym innym.
"NATO nie rozpadnie się z powodu Grenlandii. Jego struktury pozostaną nienaruszone. Jego siły nadal będą ze sobą współpracować. Jego komunikaty będą wydawane zgodnie z harmonogramem. Właśnie dlatego łatwo przeoczyć głębsze ryzyko. Sojusze słabną, zanim się rozpadną. Tracą skuteczność na długo, zanim stracą formę. Jeśli Grenlandia stanie się przypadkiem, w którym amerykańska presja będzie naginać relacje sojusznicze do jednostronnych celów, szkody nie ujawnią się same. Wyjdą na jaw później, w wahaniu, w błędnych kalkulacjach i u przeciwników gotowych przetestować to, co już nie wydaje się automatyczne. Przyszłość NATO nie zależy od pojedynczego sporu o Arktykę. Zależy od tego, czy obrona zbiorowa pozostanie regułą, która funkcjonuje bez targowania się. Grenlandia ma znaczenie tylko dlatego, że może zatrzeć tę granicę. A gdy raz się zatrze, trudno będzie ją odbudować." - napisał dr Andrew Latham, W tym znaczeniu wtórował mu niemiecki generał broni Alexander Sollfrank w wywiadzie dla WSJ.
Tymczasem w swoim głośnym już przemówieniu w Davos, prezydent Zełenski oprócz krytyki obecnej, jakże kunktatorskiej polityki europejskiej, zaproponował coś jeszcze. Zresztą nie po raz pierwszy.
"Jeśli rosyjskie okręty wojenne swobodnie pływają wokół Grenlandii, Ukraina może pomóc – mamy doświadczenie i broń, by sprawić, że żaden z tych okrętów nie przetrwa. Mogą zatonąć u wybrzeży Grenlandii tak samo, jak toną w pobliżu Krymu. Żaden problem – mamy narzędzia i ludzi. Dla nas morze nie jest pierwszą linią obrony, więc potrafimy tam działać i wiemy, jak walczyć. Gdyby nas poproszono i gdyby Ukraina była w NATO – a nie jest – rozwiązalibyśmy problem rosyjskich okrętów." - mówił prezydent Ukrainy. Jakże domyka to znów obrót koła historii. "(...) wszak Ukraina była "ukrainą", "ugraniczem" Rzeczpospolitej od strony koczowników - Tatarstwa, zasłaniała ją z tej strony, cała istota, cała siła jej życia wytężoną była ku jednemu jakby zadaniu - walce i obronie" - pisał jeszcze w XIX wieku, wspomniany wyżej Jabłonowski.
Przypomnę, że dzieje się to w momencie kiedy USA będą stawiać na "modelowego sojusznika" w Europie. ""Dlatego też priorytetowo potraktujemy współpracę i zaangażowanie z sojusznikami modelowymi – tymi, którzy wydają tyle, ile potrzebują, i wyraźnie robią więcej w walce z zagrożeniami w swoich regionach, przy kluczowym, ale ograniczonym wsparciu ze strony Stanów Zjednoczonych – w tym poprzez sprzedaż broni, współpracę przemysłową w sektorze obronnym, wymianę informacji wywiadowczych i inne działania, które poprawiają sytuację naszych krajów." - Marek Budzisz podał fragment z Narodowej Strategii Obrony, którą Pentagon opublikował w minionym tygodniu.
Ekspert dodaje, że USA nie wycofają się z Europy, lecz ograniczą i przeorganizują swoje zaangażowanie, uzależniając decyzje o rozmieszczeniu zdolności od postawy sojuszników. A przy tym rozpocznie się rywalizacja o status „modelowego sojusznika”, która osłabi europejską konsolidację na rzecz relacji bilateralnych z Waszyngtonem, co dla Polski może stworzyć szansę, ale tylko pod warunkiem zgody narodowej co do prowadzenia aktywnej akcji dyplomatycznej. Nawet dla zwykłego obywatela, taki scenariusz - obserwując przekonania i dokonania niektórych "polityków" - jest trudny do uwierzenia.
"USA może nie opuścić NATO i nie jest to też USA potrzebne. To, co jest teraz bardzo jasne, to fakt, że USA mają zamiar pozostawić konwencjonalną wojskową obronę Europy w rękach samych Europejczyków. Trzeba się na to przygotować. Nie wiemy jeszcze dokładnie, w jakim tempie to wycofywanie się USA będzie następować, ale w istocie strategia USA mówi również o tym, że Europa ma warunki, by sama sobie z tym poradzić. To, co z kolei odzwierciedla światopogląd Trumpa i ludzi z jego bliskiego otoczenia, to przekonanie, że USA najwyraźniej uważają obecnie, iż nie potrzebują sojuszników ani zajmowania się ich obroną. Są na tyle silne, że same chronią swoje interesy, a inni niech radzą sobie sami. Ta wartość dodana, jaką przez dziesięciolecia dawała USA sieć relacji sojuszniczych – jaki wpływ miała ona na USA – również szybko się zmniejsza." - oceniła z kolei Kristi Raik, dyrektorka ICDS.
Mimo tych wszystkich przeszkód, nie tylko wewnętrznych, ale też tych trwających między nami - czy to historycznych, czy relacji gospodarczych - dostrzegamy wreszcie wartość najbliższych kontaktów. Sprawdzamy naszą wartość sojuszniczą. Wiemy na kim i na ile możemy polegać. W moim odczuciu, istnieje coraz szerszy konsensus społeczeństw co do poszerzenia współpracy w naszym regionie wolności. A to oznacza wstęp do kolejnych kroków. Jednak to już zależy od cech polityków, o których wspominałem już wielokrotnie, a z nich najważniejsza jest odwaga.