Opinie Komentarze Analizy

Język sygnałów

Zdjęcie: Pixabay

Język sygnałów

Michał Mistewicz

28-04-2026 09:30

"Język to nie tylko środek komunikacji, to część tożsamości, to coś, co definiuje, kim jesteśmy” - mówił kilka dni temu Aleś Bialacki, założyciel Centrum Praw Człowieka "Wiasna", wreszcie noblista i były więzień reżimu w Mińsku, na spotkaniu zorganizowanym na Uniwersytecie Warszawskim. Zdanie to padło w odpowiedzi na pytanie, czy białoruscy politycy powinni mówić po rosyjsku. Pytanie i odpowiedź zupełnie już niezrozumiałe w Polsce, gdzie szybko zapominamy o lekcjach rusyfikacji i germanizacji, zaserwowanych nam przez zaborców.

Pokazuje nam to też, na jakim etapie są dzisiaj poszczególni mieszkańcy konstruktu wolności, jakim była I Rzeczpospolita. Z mojego punktu widzenia ważna jest inna konstatacja noblisty. "Historii Białorusi nie da się wyobrazić bez historii Polski i Litwy, a historii Polski bez historii Białorusi i Litwy. Chociaż Białoruś znajduje się obecnie pod rządami totalitarnymi, historia pokazuje, że kiedy dochodzi do rewolucji, następuje szybki rozwój. Jestem przekonany, że dogonimy inne kraje, a one są zainteresowane solidnym partnerstwem ze swoim wschodnim sąsiadem ” – podsumował Bialacki.

Kwestia języka narodowego z jaką zmagają się Białorusini, nie dotyczy tylko słów przysięgi wojskowej, którą podobno składa w języku białoruskim mniej niż połowa poborowych. To także literatura i sztuka, które w pełni rozkwita dopiero w Polsce, gdyż w kraju trwa rusyfikacja. Na Ukrainie, podobne zadanie miała pełnić dotowana przez Kreml, tzw. „ustawa językowa Kiwałowa-Kolesniczenki” z 2012 roku, która de facto zbliżyła rosyjski do języka państwowego.

Zaczynam od tego wstępu, gdyż czytając artykuły mediów wolnych narodów naszej przestrzeni, chcę ponownie zwrócić uwagę Państwa, właśnie na sprawę języka. A szerzej, na sposoby komunikacji z jakimi ostatnio mamy do czynienia.

"Jeśli Zełenski ostrzega nas przed atakiem Rosji na kraje bałtyckie, myślę, że prawdopodobnie ma ku temu powody. Jako Bałt jestem zaskoczony, że wielu z nas traktuje ostrzeżenie Zełenskiego z pogardą, podczas gdy sam rozumiem, skąd się ono bierze. Niektórzy oskarżają Zełenskiego o szerzenie narracji, które pomagają Rosji. Cóż, szczerze wątpię, żeby próbował pomóc Rosji i nie sądzę, żeby podjął takie ryzyko lekkomyślnie. Niektórzy twierdzą, że szerzy fałszywą straszną historię, aby skupić uwagę Zachodu na wspieraniu Ukrainy. Ale Ukraina od dawna jest pozbawiona tego wsparcia i niestety nauczyła się bez niego żyć. Nie sądzę, żeby to była jakaś gra. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że dzieli się swoją szczerą analizą ze znajomymi." - zauważa Gabrielius Landsbergis, były szef litewskiej dyplomacji.

Były minister zwraca uwagę na konieczność porzucenia obecnego wciąż sceptycyzmu wobec wizji rosyjskiego ataku na państwa bałtyckie, argumentując, że Putin może postrzegać taką agresję jako strategiczną szansę na rozbicie jedności NATO i wzmocnienie własnej pozycji. Autor podkreśla, że kraje bałtyckie, mimo zwiększonych nakładów na zbrojenia, pozostają obecnie militarnie podatne na zagrożenia, co w połączeniu z podziałami wewnętrznymi wśród zachodnich sojuszników oraz osłabioną rolą odstraszania Artykułu 5, może zachęcać Rosję do działania, zanim Europa zdąży odbudować swój pełny potencjał obronny. Sam dodaje, że kraje bałtyckie mogą być celem. "Moja rada dla moich bałtyckich kolegów jest taka: zamiast się denerwować, bądźcie przygotowani." - podsumowuje Landsbergis.

Burza - zwłaszcza w Estonii - która została wywołana słowami prezydenta Ukrainy, błyskawicznie ucichła. Tymczasem chwilę później, w łotewskich mediach można było przeczytać dywagacje Tuska, związane z obawami, iż Rosja może zaatakować państwo członkowskie NATO w nadchodzących miesiącach, a nie latach, a co więcej polski premier "nie jest pewien, czy Stany Zjednoczone broniłyby Europy w takim scenariuszu". Jednoznacznie widać, że komunikacja niepewności strategicznej nie bierze się znikąd.

Do innych wniosków doszedł raport  holenderskiego wywiadu. "Rosja już teraz podejmuje konkretne przygotowania do ewentualnego konfliktu regionalnego z NATO i, w najbardziej sprzyjających dla Moskwy okolicznościach, będzie na niego gotowa w ciągu roku od zakończenia wojny na Ukrainie. Ocenę tę przedstawił holenderski wywiad wojskowy i służba bezpieczeństwa (MIVD) w raporcie na rok 2025,(...) „W rezultacie istnieje realne ryzyko niezamierzonej, a zatem trudnej do opanowania eskalacji. Nieprzewidywalny przebieg obecnej polityki bezpieczeństwa USA może również wpłynąć na analizę kosztów i korzyści dla Rosji” – uważają eksperci MIVD.

Nasz moskiewski przeciwnik nie próżnuje. Kilka tygodni temu, polskie media obiegły niemal te same nagłówki, o "republikach ludowych" w krajach bałtyckich. Zaczęło się od Narwy, której los zestawiono obok siebie z sytuacją w Donbasie.

"Bliższe przyjrzenie się działaniom Rosji w 2014 roku sugeruje, że zanim ucieknie się do siły, dąży ona do osiągnięcia swoich celów jak najniższym kosztem, osłabiając państwo docelowe od wewnątrz. Strategia Moskwy nie polega na dążeniu do zwycięstwa za wszelką cenę, lecz na zapewnieniu sobie zwycięstw bez angażowania się w długotrwałe kampanie militarne i przy jednoczesnym minimalizowaniu wydatków na zasoby. Innymi słowy, Rosja wysyła swoje „zielone ludziki” dopiero po dokładnym przygotowaniu warunków interwencji.(...) W 2014 roku Kreml wyraźnie przygotował grunt, korumpując kluczowych ukraińskich urzędników i zakłócając procesy decyzyjne. " - pisze Igor Grecki na łamach ICDS.

Według eksperta, do powtórzenia się „scenariusza Donbasu” niezbędne jest połączenie czterech czynników: rozbicia społecznego, słabości wojska, kompromitacji elit oraz izolacji międzynarodowej. Warunki praktycznie idealne, znane z historii starożytnej i wielu dzieł dotyczących strategii. Grecki więc słusznie zauważa, że Estonia, a Ukraina z 2014 roku to dwa całkowicie odmienne sytuacje.Tym niemniej, autor zastrzega, że nie oznacza to działań typowo sabotażowych, prowokacji czy zastraszania i dezinformacji. Przed takim zestawem działań ostrzega estońska służba KAPO.

Zresztą właśnie mechanizm zastraszania został zastosowany w przypadku Mołdawii, jak i całego naszego regionu. W przypadku Mołdawii, która coraz wyraźniej podkreśla potrzebę wycofania resztek sił rosyjskich z Naddniestrza, wystąpił sam Siergiej Szojgu, używając klasycznego zwrotu " Rosja podejmie wszelkie niezbędne kroki i wykorzysta wszelkie dostępne metody, aby zapewnić ochronę obywatelom rosyjskim w Naddniestrzu". Nietrudno jednak zauważyć, że mimo chęci, straszenie na nic się nie zda, kiedy od lat trwa praktyczna izolacja wojskowa regionu. Nawiasem mówiąc, to właśnie wspólny interes dla Mołdawii i Ukrainy, jakim jest integracja Naddniestrza, był jednym z celów wizyty prezydent Sandu w Kijowie.

Dla całego naszego regionu jako narzędzia użyto natomiast mapy ze zmanipulowanymi adresami zakładów przemysłowych. Ten wątek zapewne będzie się dalej rozwijał, gdyż pomysłów Moskwie nie zabraknie. Rzecz w tym, że prócz wymiaru społecznego, takie operacje wywołują swoje efekty pośrednie.

"Na liczbę turystów odwiedzających Estonię i decyzje zagranicznych inwestorów coraz większy wpływ ma strach przed wojną w związku z możliwym atakiem Rosji na państwa bałtyckie. Sektor turystyczny odnotowuje spadek rezerwacji, a inwestorzy stali się bardziej ostrożni.(...) Sektor turystyczny twierdzi, że nawet drobne incydenty związane z bezpieczeństwem odgrywają obecnie rolę w wyborze miejsc podróży. Na przykład, rezerwacje zostały anulowane po uderzeniu drona w komin elektrowni Auvere." - czytamy w estońskich mediach. Przypomnijmy, że już w 2024 roku z Estonii wycofały się czołowe fundusze inwestycyjne.
 
Przeciwko takiej manipulacji języka komunikacji, przykładowo występuje łotewska dyplomacja, niemniej to nie wystarczy. Świadomość współpracy w naszym regionie nabiera więc szczególnego znaczenia. I kiedy wciąż zbyt ostrożnie podchodzimy do tego tematu, nowy premier Węgier  Peter Magyar, sięga wprost po dość dziwnego - z polskiego punktu widzenia - protoplastę dziejowego, jakim były Austro-Węgry.

"Magyar deklaruje, że będzie pogłębiał więzi z państwami sąsiednimi, zwłaszcza z Austrią, opierając się na silnych powiązaniach gospodarczych i wspólnej historii sięgającej korzeni Austro-Węgier z końca XIX wieku. „Kiedyś byliśmy jednym krajem, a Austria jest kluczowym partnerem gospodarczym Węgier. Chciałbym zacieśnić relacje między Węgrami a Austrią ze względów historycznych, kulturowych i gospodarczych” – podkreślił węgierski polityk.(...)  Na niedawnej konferencji prasowej zaproponował połączenie Grupy Wyszehradzkiej (nieformalnego sojuszu Węgier, Polski, Czech i Słowacji) z formatem sławkowskim, mechanizmem współpracy obejmującym Austrię, Czechy i Słowację. „Wierzę, że leży to w interesie każdego kraju, w tym Austrii i Węgier” – wyjaśnił Magyar. „Mam więc nadzieję, że uda nam się tu poczynić postępy”." - niemal od razu narzuca się jedna odpowiedź.

W polskim przypadku, odwoływanie się do tradycji jednego z polskich zaborców, a dzisiaj kraju znanego jako Austria, która obok zwykle prorosyjskiej polityki, dodatkowo ma niezmienny problem symboliczno-historyczny z docenieniem wkładu Rzeczpospolitej w Odsieczy Wiedeńskiej, jest - w mojej ocenie - zadaniem chybionym.

Tym niemniej, warto dostrzegać takie inicjatywy i wyciągać z nich wnioski. Jednym z nich, była ubiegłotygodniowa prezentacja książki prof. Iryny Matiash pt. "Wspólne miejsca pamięci Ukrainy i Polski. Dyplomacja oficjalna i kulturalna" wydanej nakładem Studium Europy Wschodniej UW. To właśnie takie działania pracy organicznej budują zaufanie, które nam zabrano. W obliczu zbliżającego się Święta Konstytucji 3 maja - dokumentu spajającego nasz region u jego schyłku wolności, właśnie zaufanie i zrozumienie jedności jest powrotem do tych wspólnych korzeni.


opr. wł.
Wirtualna kawa za pomocą portalu suppi.pl:
Wspieraj nas na suppi.pl