Opinie Komentarze Analizy

Zmiany

Zdjęcie: Pixabay

Zmiany

Michał Mistewicz

14-07-2026 09:30

Od południa krańców dawnej Rzeczpospolitej postępują zmiany polityczne w postaci roszad rządowych. I w pewnym sensie, oba najnowsze przypadki w postaci zmian w Mołdawii i na Ukrainie, mają ze sobą coś wspólnego. O ile dymisja premiera Munteanu wydaje się pośrednim efektem afery korupcyjnej, która podważyła zaufanie do rządzącej partii PAS, to medialne promowanie nowego premiera Vasile Tofana, jako "mołdawskiego Mileia" musi budzić lekkie zdziwienie.

Mołdawska gospodarka nie jest w najlepszym stanie, ale też nie jest tak źle, aby sięgać po porównania z prezydentem Argentyny, którego program cięć wciąż - mimo początkowych sukcesów opanowania hiperinflacji - czeka na długoterminowe potwierdzenie efektów. Oczywiście zabieg ten jest medialnym podkreśleniem poglądów nowego premiera Mołdawii, niemniej użyto tutaj zbytniej przesady. Z kolei na Ukrainie, kwestia korupcji ma dotyczyć tylko jednego wątku stanowiska dyplomatycznego w USA. W tym przypadku warto zauważyć, iż tak nagła zmiana może być spowodowana głównie spodziewanym kolejnym przedłużeniem wojny. Ale jest jeszcze jeden powód, którego znaczenie może być dość istotne. W minionym tygodniu doszło do zamieszek we Lwowie, w czasie których protestujący przewrócili samochód należący do TCK (Terytorialnego Centrum Rekrutacji – odpowiednika WCR), co pokazało rosnące zmęczenie wojną.

Czasu wojny, który dla pozostałego naszego regionu rozpoczął się kilka miesięcy wcześniej niż pełnoskalowa inwazja na Ukrainę. Wiadomość o łotewskiej, piątej już rocznicy trwania wojskowej misji wsparcia strażników granicznych i tym samym ochrony granicy, przypomniał mi o tym, w jaki sposób - jako NATO, UE, władze naszych krajów, lecz także jako społeczeństwa - spożytkowaliśmy czas na zrozumienie pojęcia obrony. Z czym się to wiąże, jakie są możliwości i co należy czynić.

Coraz liczniejsze wiadomości z państw bałtyckich mówią, na jakim jesteśmy teraz etapie, w tym procesie. W dawnym Dorpacie czyli dzisiejszym Tartu, kiedyś stolicy województwa dorpackiego Rzeczpospolitej, którego utrata w 1621 roku nie zmieniła zwyczaju nadawania urzędu tytularnego do końca istnienia RON, władze lokalne nakazują oklejanie okien  szkół folią, która ma powstrzymywać pękanie szyb na wypadek wybuchów. Technologiczna zmiana w znanym Polakom z obrazów II wojny światowej oklejaniu szyb paskami papieru. Z kolei podkreślanie przygotowań obronnych też trwa do pewnego czasu. Nie poprawiają tego obrazu "wrzutki wywiadowcze" w stylu "nowego planu odstraszania Rosji", projektu tyleż futurystycznego co nieistotnego dla najbliższego czasu. Czy jest to atmosfera wojenna?

Metamorfoza tej percepcji ma swoje określone podłoże, ale o tym napiszę innym razem. Natomiast z mojego punktu widzenia zwykłego obserwatora bardziej martwią wieści z eksklawy królewieckiej. Trwający impas w kwestii zaopatrzenia regionu w paliwo, jest tutaj najmniejszym problemem. Z takimi samymi wyzwaniami mierzy się wszak większość rosyjskich obwodów. W przypadku wysuniętego przyczółka Putina ma to jednak jeszcze jedno znaczenie, stricte powiązane z casus belli. Jak się wydaje, na tę chwilę władze regionu starają się rzeczywiście tonować nastroje, które nakręcają politycy powiązani bezpośrednio z Kremlem. Jednak obserwacja tamtego teatru pełni rolę nie tyle oczekiwania na dostrzeżenie możliwości ingerencji na terenie Polski czy Litwy, ale bardziej jako prognostyk dyplomatyczny.

A te nie są najlepsze. Tydzień temu wspomniałem, że kolejne kłopoty z tego kierunku dopiero mogą nadejść. I rzeczywiście, już pojawiły się problemy z ziemniakami, a wiadomości o kolejnych zacumowań statków z importowaną żywnością zaczynają przypominać komunikaty kryzysowe znane z czasów końcówki PRL. Na plan pierwszy wysuwa się jednak powracający problem wąskiego gardła, jakim jest transport morski do i z eksklawy. Zapowiedź odejścia do stoczni na remont jednego z dwóch najnowocześniejszych promów, to nie tylko potwierdzenie działających sankcji, ale również zwiastun kłopotów w transporcie.

Zresztą ten scenariusz władze regionu przećwiczyły już w minionym roku, kiedy to po kilku dniach po zawieszeniu rejsów starego promu "Antiej", cały łańcuch logistyczny wyraźnie się zachwiał. Aby zrozumieć wagę potrzeb regionu wystarczy uwaga, że te problemy są potwierdzeniem faktu, iż obwód, jako anomalia geopolityczna jest zależna głównie od transportu lądowego. A ten, podlega sankcjom granicznym. Dlatego niedoszacowanie zapotrzebowania na statki są z kolei dowodem na zbyt optymistyczne oszacowania Kremla w sprawie czasu działań na Ukrainie. Spodziewano się najwyraźniej tylko chwilowych problemów.

Na co warto jeszcze zwrócić uwagę to rola polityki wewnętrznej. Antona Alichanowa, ówczesnego gubernatora, a dzisiaj rosyjskiego ministra przemysłu, który najwyraźniej nie poradził sobie z efektami sankcyjnymi dla regionu, zastąpił polityk z klucza "szkółki Putina". Jednak co nie może dziwić, nawet Biesprozwannych, nie radzi sobie w obecnej sytuacji,. Kremlowskie obietnice doraźnych rozwiązań nie zastąpią realnej floty promowej, która potrzebna jest do współczesnej obsługi eksklawy. Zbliżające się wybory do Dumy, które i tak zapewne - tradycyjnie już dla Rosji - zostaną "podrasowane" i tak będą pewną próbą sił między coraz bardziej nękaną konsekwencjami kryzysu społecznością, a lokalnymi elitami. Dla nas ważna jest narracja propagandowa, która przybiera coraz ciemniejsze barwy, przede wszystkim dla Litwy, ale również dla Polski. Jednak granica między znaczeniem wpływu a realnym zagrożeniem,  jest tutaj bardzo cienka

Wracając do zmian politycznych, temat polsko-ukraińskiego sporu historycznego, jak wiadomo, sięgnął też unijnych instytucji. Pominęliśmy na naszych łamach internetową burzę spowodowaną rzekomym poparciem państw bałtyckich dla Ukrainy w tym sporze. Temat ten został po raz kolejny wyolbrzymiony i niewielu zapewne z polskich uczestników tej próżnej debaty nie czytało wcześniejszych wypowiedzi dyplomatów i polityków Litwy, Łotwy i Estonii. Cała kanwa tej historii, była oparta li tylko na wypowiedziach grupki europosłów, wyrażających tylko swoje stanowisko. "Polski Twitter dostał amoku i ogłosił Armagedon z powodu tylko i aż szarży grupy europosłów. Niektóre ostre tezy czy nagłówki o tym, że Litwa popiera Ukrainę przeciwko Polsce, a Polska znów jest sama, brzmią bardzo dramatycznie i są przesadzone. Trudno utożsamiać wyczyny nieraz deputowanych opozycyjnych z oficjalnym stanowiskiem państwa. " - wyjaśniał Bartosz Chmielewski, ekspert OSW, w swojej szerszej wypowiedzi na ten temat.

W tym całym zamieszaniu warto pamiętać o tych najważniejszych kwestiach: rozwiązanie leży w naszych własnych możliwościach dyplomatycznych. Tutaj ruch należy przede wszystkim do Ukrainy, której ostatnie działania (m.in. ogłoszenie nowych badań na Wołyniu) pokazują, iż wreszcie powoli zdają sobie sprawę z popełnionych ostatnio błędów. Natomiast to nadal nie wszystko. Jeżeli pozostawimy rozstrzygnięcie siłom zewnętrznym, jak np: dość dwuznaczne wsparcie niemieckie, to te przywołane rany, w czasie sobotnich uroczystości, pozostaną nie zagojone.


opr. wł.
Wirtualna kawa za pomocą portalu suppi.pl:
Wspieraj nas na suppi.pl