geopolityka • gospodarka • społeczeństwo • kultura • historia • Białoruś • Estonia • Litwa • Łotwa • Mołdawia • Obwód Kaliningradzki • Ukraina • Trójmorze • Trójkąt Lubelski

Opinie Komentarze Analizy

Zdjęcie: Pixabay

Lojalność i zagrożenia

Michał Mistewicz

30-08-2022 09:30


"Dyplomatyczna, plebiscytowa i zbrojna walka o przynależność polityczną Górnego Śląska po I wojnie światowej pogłębiła antagonizm polskiej i niemieckiej grupy etnicznej. Korfanty, który zaangażował się w nią bardzo mocno, stał się symbolem polskiej antyniemieckości. Jednakże nawet w tym okresie jego stosunek do Niemców nie przybrał charakteru obsesyjnej wrogości. Historycy zgodni są co do tego, że Korfanty przedkładał drogę dyplomatycznych rozwiązań nad zbrojne, że do tych ostatnich uciekł się w ostateczności, czego wyrazem było III powstanie śląskie. Korfanty zdawał sobie doskonale sprawę z nieklarownej sytuacji narodowościowej na Górnym Śląsku, z rozterek i dramatów, jakie przeżywała ludność autochtoniczna dokonująca wyboru zarówno państwowości, jak i narodowości. Potępiał tylko element działający czynnie przeciwko włączeniu Górnego Śląska do Polski." pisała prof. Maria Wanatowicz z UŚ, opisując bliźniaczy problem, który przez ostatnie tygodnie przewija się przez łamy naszego portalu.

W minionych dniach mieliśmy do czynienia, w mojej ocenie, z naciągnięciem cięciwy pewnego łuku, który doskonale znam z historii tak mojej rodziny, jak i ziemi, z której piszę te słowa. Tak więc naciągnięta została cięciwa łuku wytrzymałości mniejszości rosyjskojęzycznej na Łotwie niewątpliwie poprzez ostatnie decyzje rządu i Saeimy - jak wspominałem to wielokrotnie, ze wszech miar słuszne - natomiast z punktu widzenia nadchodzących problemów już niekoniecznie. Teraz zagadka polega na tym, w jaki sposób to napięcie zostanie wyzwolone.

Jednak po kolei. Szybko, bo w ciągu niemal trzech dni usunięto najważniejsze elementy sowieckiego pomnika w ryskim Parku Zwycięstwa. Odbyło się to, na razie, niemal bezboleśnie, bo liczba ,jak dotąd, 30 osób zatrzymanych, z czego część to operatorzy zakazanych dronów, jest liczbą niewielką. A jednak jak powiedział dr Mārtiņš Kaprāns z Instytutu Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Łotewskiego, "Z pewnością nie byłbym zbytnim optymistą, że to już koniec i wszyscy będziemy żyć w pokoju. Z jednej strony jest to naprawdę kwestia zasad. A to sprawia, że zechcą się zemścić, nie tylko wypowiadając ostrzejsze słowa na portalach społecznościowych, ale także w sposób brutalny".

W zasadzie zgodna z oceną Kaprānsa jest wypowiedź współprzewodniczącego największej prorosyjskiej partii na Łotwie czyli Rosyjskiego Związku Łotwy (LKS) Mirosława Mitrofanowa, który z pewną polityczną manierą przesady stwierdził, że "dzisiejsze wydarzenie będzie miało bardzo poważne konsekwencje w przyszłości. Miną pokolenia, zanim społeczność rosyjska na Łotwie będzie mogła wybaczyć władzom państwowym takie postępowanie wobec pomnika.", a zapytany o możliwość zamieszek dodał: "Nie, nie przewiduję tego. Ale nienawiść, nieufność, nielojalność wobec władzy państwowej - takie będą konsekwencje.".

Jednak to nawet nie kwestia pomnika jest tutaj teraz najważniejszym czynnikiem zagrożenia realizacji kolejnego punktu Doktryny Gierasimowa, dość dobrze przecież rozgrywanej przez Kreml, na razie na użytek wewnętrzny. W tym samym tygodniu władze Łotwy postanowiły, zapewne po ocenie ryzyka i słabej reakcji na likwidacje sowieckiego pomnika, przysłowiowo od razu "iść za ciosem". I tak ze strony prezydenta Łotwy zniknął język rosyjski, podobnie łotewskie Ministerstwo Gospodarki zrezygnowało z obsługi w tym języku. Natomiast kluczową informacją okazała się wypowiedź ministra sprawiedliwości Łotwy Jānisa Bordānsa, który powiedział, że jego resort pracuje nad projektem ustawy o ograniczeniu dwujęzyczności, która ograniczyłaby używanie języka rosyjskiego w miejscach pracy i miejscach publicznych. Według niego projekt ustawy  miałby wynikać z referendum językowego przeprowadzonego w lutym 2012 roku, w którym 74,8% głosujących zagłosowało przeciwko rosyjskiemu jako drugiemu językowi państwowemu.

Tutaj trzeba przypomnieć dla kontekstu trzy kwestie. Pierwsza, dość teraz istotna, to zbliżające w szybkim tempie wybory parlamentarne na Łotwie. Po drugie, suche dane statystyczne: na tę chwilę mniejszość rosyjska na Łotwie to około 27% ludności, z tendencją cały czas zniżkową. Natomiast w niektórych regionach Łotwy sięga ponad 50%, tak jak to ma miejsce w Dyneburgu. Notabene dotykamy tutaj kolejnego problemu "pomnikowego", bo najwidoczniej samorząd Dyneburga postanowił stanąć okoniem wobec łotewskiego ustawodawcy i po zaskarżeniu ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, w zasadzie nie zrobiono nic w tej sprawie. Dyneburg jest jedyną gminą na Łotwie, która nie przesłała do Rygi informacji na temat planu usunięcia sowieckich pomników, za co już łotewskie władze grożą rozwiązaniem samorządu tego miasta.

Ale jest także ta trzecia kwestia. "Odkąd Rosja rozpoczęła wojnę na Ukrainie, każdy obywatel Rosji, który znajduje się na terytorium Unii Europejskiej, a przede wszystkim w krajach bałtyckich, znajduje się w cieniu podejrzeń i będzie musiał w ten czy inny sposób udowodnić, że jest wrogiem Kremla i jest lojalny wobec UE" - powiedział Dmitrij Sawin, szef Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Rosyjskiego Społeczeństwa Obywatelskiego i Wsparcia Rosyjskich Emigrantów. Zdaniem Sawina w sytuacji zimnej wojny, w której znajduje się również Łotwa, wszyscy obywatele rosyjscy mieszkający na terytorium UE prędzej czy później zostaną zepchnięci do jednej z dwóch kategorii.

"Albo są aktywnymi emigrantami politycznymi, którzy sprzeciwiają się reżimowi Putina, albo w takim czy innym stopniu będą piątą kolumną Rosji. Tak to będzie odbierane. Można to uznać za niesprawiedliwość, można się o to spierać, ale logika wojny nas dopadnie" - podkreślił Sawin. I tutaj należy uznać to jako niezbędną część zmiany postrzegania otaczającej rzeczywistości. Takie są realia wojny, która już toczy się w naszych myślach.

W tym obrazie brakuje jeszcze bardzo ważnej wypowiedzi Ołeksija Arestowycza, doradcy prezydenta Zełenskiego, który odwiedził w tych dniach Rygę, a którego słowa wywołały dyskusję wśród łotewskich polityków. „Łotwa musi wreszcie zrozumieć – na pewno będzie wojna!” powiedział Arestowycz. Tłumaczył tutaj zaspany przez świat okres kiedy to putinowska Rosja realizowała z powodzeniem projekt imperialny. "Dlatego najbardziej rażące błędy, w polityce, w administracji publicznej i w komponencie wojskowym, popełniane są przy założeniu, że 'wojny nie będzie'. Zamiast tego powinniśmy byli kierować się myślą, że "na pewno będzie wojna", co jest najlepszym sposobem na zapewnienie, że wojna do ciebie nie przyjdzie" - powiedział Arestowycz.

"Zawsze mówiłem, że oficer, który nie wierzy, że wojna się rozpocznie, nie może dalej służyć, musi przejść na emeryturę. Cała konstrukcja administracji państwowej musi być oparta na założeniu, że 'na pewno będzie wojna'. Wszyscy sąsiedzi Rosji muszą żyć z tą myślą. Wszystkie instytucje demokratycznego państwa i prawa człowieka muszą być zachowane, ale jednocześnie ci, którzy są jawnie wrodzy wobec państwa i którzy mogą stać się kolaborantami z wrogiem, muszą zostać namierzeni. Przy czym demokracja i prawa człowieka muszą być głównym fundamentem naszych krajów" - powiedział doradca Zełenskiego. Dodał również, że w dokumentach doktrynalnych rosyjskiej polityki zagranicznej rosyjska diaspora jest traktowana jako jeden z instrumentów oddziaływania Rosji za granicą. Jak pokazuje praktyka, współpraca kulturalna jest najczęściej wykorzystywana do rekrutacji potencjalnych agentów wpływu.

"Do takich działań łatwiej jest zwerbować etnicznych Rosjan, bo ich rekrutacja opiera się na podstawach ideologicznych, a nie na pieniądzach. Narzędziami werbunkowymi są tu kino rosyjskie, rosyjskie ośrodki kultury, różne festiwale kultury rosyjskiej i cerkiew. To właśnie te instytucje są najczęściej wykorzystywane za granicą do sprawowania rosyjskiej władzy. Dlatego muszą być pod stałym nadzorem policji, instytucji państwowych i samych obywateli" - powiedział Arestowycz i dodał, że dla przykładu ważną rolę w rosyjskich planach pełnią emeryci wojskowi, których na Łotwie jest sporo. "Tej grupy po prostu nie można zostawić bez opieki" - powiedział doradca prezydenta Ukrainy.

Reakcja łotewskich polityków była, zwłaszcza w okresie przedwyborczym dość przewidywalna. A jednak kandydujący w wyborach, w tym także na urząd premiera Łotwy, obecny minister obrony Artis Pabriks w odpowiedzi na wywiad z Arestowyczem rozsądnie powiedział, że "taki wywiad jest bardzo potrzebny, bo trzeba zrozumieć, co i jak myślą Ukraińcy. Łotwa musi słuchać i analizować doświadczenia ukraińskie, ale nie oznacza to, że musimy przyjąć wszystko "jeden do jednego".(...)"Zawsze mówiliśmy w sektorze obronnym, że musimy analizować sytuację z najbardziej ponurego punktu widzenia, nie wykluczając, że będziemy musieli stawić czoła rosyjskiej presji za następne pięć, dziesięć lat" - podkreślił Pabriks.

Na zakończenie wątku łotewskiego przypomnę, że analogiczne dyskusje o roli rosyjskiej mniejszości narodowej, toczą się także w Estonii i na Litwie. "Powiedzmy sobie szczerze, Narwa była w zasadzie bitwą między Wschodem a Zachodem o mentalność rosyjskojęzycznej ludności. Jak na razie zwycięzcą jest Wschód, żeby nie powiedzieć Putin. Żałoba, która nastąpiła po usunięciu symbolu wojny w Narwie, a także pielgrzymki ze świecami do miejsca, w którym stał czołg, zostały uznane za przykłady wyrażania wschodnich nastrojów." - napisał estoński dziennikarz Rein Sikk.

"Zachód, czyli Estonia, w ciągu 30 lat niepodległości nie potrafił lub nie chciał wyjaśnić rosyjskojęzycznym mieszkańcom regionu Ida-Viru, gdzie mieszkają i w jakiej historii żyją. Prawdę mówiąc, sami rosyjskojęzyczni obywatele nie chcieli zrozumieć Estonii i sprawy estońskiej, bo przekaz państwowy dla ludzi Wschodu był niejasny i zagmatwany. W dodatku terminy są długie, ciągle się zmieniają. Na przykład w sprawie wymagań językowych. Nie ma w tym żadnej konsekwencji." - zauważa Sikk.

"Ryga ma inny skład narodowościowy niż Wilno i widzimy, że podejmują oni wszelkie niezbędne środki bezpieczeństwa, by usunięcie sowieckich pomników nie doprowadziło do większych napięć społecznych - to właściwa droga. Sytuacja w Wilnie jest na szczęście nieco inna, mamy mniej mieszkańców, którzy wspominają z nostalgią czasy sowieckie, ale gdy dojdzie do procesu usuwania pomników, oczywiście zapewnimy maksymalne bezpieczeństwo. Nie mamy jednak wątpliwości, że takie środki jak w Rydze nie będą konieczne" - powiedziała rzeczniczka burmistrza Wilna Rusnė Marčėnaitė. A przypomnijmy, że Wilno niedługo stanie przed problemem usunięcia pomnika sowieckich żołnierzy z cmentarza na Antokolu, a przed podobnymi wyzwaniami 30 innych litewskich gmin.

Na zakończenie przypomnę podobne dyskusje, które przetaczały się także przez ziemię śląską. 16 stycznia 1923 roku Sejm Śląski przyjął ustawę o języku polskim jako urzędowym w województwie śląskim. "„[...] niemal wszystkie urzędy i władze nasze, szczególnie niższe, urzędują nadal w języku niemieckim, tak jakbyśmy się znajdowali w państwie niemieckim; zgorszony jestem, gdy bezustannie władze zwracają się do mnie w języku  niemieckim.” - pisał Korfanty. "Korfanty nie pozostawił ataków niemieckich posłów bez odpowiedzi. Kategorycznie bronił praw Polski do używania w życiu publicznym języka polskiego, do obsady urzędów w pierwszej kolejności przez Polaków, czego, jego zdaniem, wymagała polska racja stanu. Nie rezygnując więc z dyktowanych przez ideologię Chrześcijańskiej Demokracji humanitarnych haseł nieantagonistycznej koegzystencji Polaków z mniejszościami narodowymi, stawiał jednak na pierwszym miejscu polski interes narodowy.".
I o takich fundamentach wartości, zwłaszcza w tak trudnych czasach, należy zawsze pamiętać.


opr. wł.
Jeżeli chcecie Państwo wesprzeć naszą pracę, zapraszamy do skorzystania z odnośnika:

Informacje

Redaktor zarządzający: Michał Mistewicz
wykop.pl
Twitter
Facebook
redakcja [[]] czaswschodni.pl
©czaswschodni.pl 2021