Zdjęcie: Pixabay
31-03-2026 09:30
"Można było, oczywiście, z pełnym uzasadnieniem oburzać się na chęć rozporządzania się terytorium sojusznika, lub na obietnice "rekompensaty" gdzie indziej. Ale, oceniając tę sprawę z perspektywy historycznej, trudno stawiać Churchill'a pod pręgierz za te jego słowa, które nic innego nie wyrażały, jak niezmienny od 1919 roku i rządowi polskiemu dobrze znany pogląd brytyjski na kwestię wschodnich granic Polski. "Panie premierze, linia Curzona nie została wynaleziona przez Rosjan lub Polaków, lecz przez Lloyd George'a, Clemenceau i Curzona" - mówił szyderczo Mikołajczykowi Stalin w długiej rozmowie 3 sierpnia 1944 roku. - Kiedy ci panowie stworzyli tę linię w Wersalu, Rosjan tam nie było"." - czytamy w artykule "Polska droga do podległości", który ukazał się w paryskiej "Kulturze" w 1966 roku. Ukazana tam atmosfera nacisków sojuszniczych jest zjawiskiem niezmiennym od tysiącleci.
Ubiegłotygodniowy komentarz tygodnia, znalazł swoją kontynuację w ostatnich dniach. Wywiad udzielony litewskim mediom przez wysłannika prezydenta USA na Białoruś, stał się kolejną kroplą dziegciu w szklance coraz słabszego miodu relacji europejsko-amerykańskich. Należałoby użyć partykuły "niestety", ale jak wspominałem, żyjemy w coraz bardziej napiętym świecie realnych interesów. Podważanie działań i możliwości sojuszniczych w naszym szczególnie zagrożonym odcinku obrony, to jeden z najgorszych sygnałów, które można dać nie tyle politykom, ale społeczeństwu.
Rzecz w tym, że John Cole, czy to poprzez wcześniejsze spotkania z opozycjonistami, czy to najprawdopodobniej w czasie spotkania z premier Ingą Ruginiene, robi dokładnie to samo. Wywiera nacisk na otwarcie tranzytu dla nawozów Łukaszenki. Tymczasem zacznijmy od żartu lub przysłowiowego amerykańskiego "suchara".
"Pewnego dnia, około rok temu, Departament Stanu zadzwonił do mnie i zapytał: "Czy możesz pojechać na Białoruś?” – wspomina Cole, opowiadając o początkach swojej pracy jako wysłannika na Białoruś. Twierdzi, że na nieoczekiwaną propozycję odpowiedział pytaniem: „Gdzie ona jest?”.Śmiech rozbrzmiewa w sali.". Dalszy tekst wywiadu, żywo przypomina reakcje dyplomatów USA z lat trzydziestych XX wieku po wizytach w krajach naszej części Europy. Jest i mowa o stoliku "dla przegranych" i legendy rzekomego wpływu na decyzje Łukaszenki.
Warto przypomnieć, że sam wysłannik pojawił się po spotkaniu Trumpa i Putina w Anchorage, i co jest tylko spekulacją, mogło być jednym z jego pobocznych, nieformalnych ustaleń. Ale nawet jeśli tak nie było, to kroki Łukaszenki odbywały się - bo nie może być inaczej od wielu lat - za wiedzą i aprobatą Kremla. Ale kluczowe słowa wysłannika Trumpa na Białoruś, wzbudziły szerokie echo na Litwie.
„Nawozy potasowe z Białorusi powinny być transportowane przez Litwę, otwierając na nie Europę – aż do Stanów Zjednoczonych.(...) Mam nadzieję, że Litwa zgodzi się na dwustronny dialog na szczeblu wiceministrów spraw zagranicznych. Musimy położyć kres temu, co utrudnia życie po obu stronach” – mówi Cole. Dodaje jeszcze, że "sprawa balonów przemytniczych" jest pod kontrolę, co jest nieprawdą, gdyż w minionym tygodniu znów lotnisko w Wilnie z tego powodu wstrzymywało loty samolotów.
Prezydent Litwy Gitanas Nausėda, odpowiada dokładnie to, co i mówił rząd. „Dialogi i możliwości pojawiają się, gdy druga strona wykazuje dobrą wolę pielęgnowania, w miarę możliwości, sąsiedzkich relacji. A jeżeli przez pewien czas będziemy widzieć, że sytuacja jest stabilna i że białoruski reżim nie stwarza bezpośredniego zagrożenia dla Litwy, to kontakty i dialog na pewnym poziomie będą możliwe” – powiedział. Prezydent dodał, że kwestia sankcji dotyczących nawozów jest rozwiązywana na szczeblu UE. Deividas Matulionis, doradca prezydenta, opisuję sytuację bardziej dosadnie.
„To rodzaj wymuszonej próby wciągnięcia nas w dialog i w pewnym sensie, być może dyplomatycznie, upokorzenia nas. (...) Mówię o pozycji Białorusi. (...) Wtedy Łukaszenka będzie miał podstawę, by twierdzić, że wrócili, w końcu zrozumieli, z kim muszą się komunikować, i tak dalej. Jest też kwestia szacunku do samego siebie, która jest również bardzo ważna” – podkreślił doradca prezydenta. Warto zauważyć również pozostałe komentarze polityków na ten temat, w tym też komunikat litewskiego MSZ. „Żaden z powodów, dla których UE zaczęła nakładać sankcje na Białoruś latem 2020 roku, nie zniknął. Litwa docenia wysiłki Stanów Zjednoczonych mające na celu powstrzymanie ataków hybrydowych przeprowadzanych przez białoruski reżim na Litwę oraz środków nacisku ekonomicznego stosowanych wobec naszego kraju i firm z UE, które niestety nadal trwają” – oświadczył resort. Oprócz gestu zwolnienia 250 więźniów politycznych, reżim niejako "w prezencie" dodał uwolnienie przetrzymywanych ciężarówek, których powrót wciąż trwa.
Opozycja twierdzi jednak, że żadnego nacisku nie ma. „Gdyby oświadczeniu towarzyszyły jakieś warunki, odniesienia do kwestii drażliwych dla nas, to oczywiście układanka byłaby bardziej skomplikowana. W tej chwili wydaje mi się, że to po prostu kierunek, jaki może widzieć wysłannik. Ale to nie jest żadne narzędzie nacisku. Jesteśmy niepodległym państwem, musimy decydować niezależnie. Dobrze znamy reżim Łukaszenki, znamy wszystkie prawidłowości i wszystkie ryzyka. I te ryzyka trzeba kontrolować” – powiedział Laurynas Kasčiūnas, przewodniczący opozycyjnych konserwatystów.
Tym niemniej, warto zauważyć, że takie rozgrywanie naszych krajów może być częścią większego - na razie dość chaotycznego planu. "Odnosząc się do kwestii Europy, nie widzi potencjalnego rywala w Rosji ze względów na słabą podstawę ekonomiczną, która nie jest wystarczająca do zbudowania potęgi militarnej mogącej stanowić zagrożenie dla Europy. Uznaje jednocześnie, że kraje Wschodniej Flanki są przez Rosję zagrożone. Widzi jednak w pewnych okolicznościach ją jako partnera koalicji antychińskiej: „Nawet Rosja, która przyjęłaby bardziej umiarkowana, mniej zagrażająca postawę wobec Europy, jednocześnie koncentrując się na szachowaniu chińskiej potęgi, byłaby dobrodziejstwem dla koalicji antyhegemonicznej.”" - czytamy w analizie dr. Sebastiana Bojemskiego, książki Elbridga A. Colby’ego z Departamentu Wojny USA.
Kolejnym pytaniem o formę presji jest problem ukraińskich dronów i zamieszanie, które wywołały swoimi wlotami w państwach bałtyckich. Pomijając już nadgraniczną drogę wybraną dla dronów lecących w stronę rosyjskich portów bałtyckich, to kolejny już raz incydenty podkreśliły problem obrony powietrznej tego regionu. Leżący zaledwie kilka kilometrów od granicy z Rosją zespół estońskich elektrowni, okazał się obiektem nie do obrony. Nie tylko z powodu braku środków, ale również z powodu zakazu otwierania ognia w tym rejonie nadgranicznym, aby się spowodować eskalacji. I jest jeszcze jeden problem.
„Aby odeprzeć drona, który pojawia się przypadkiem w czasie pokoju – ośmielę się powiedzieć, że kilka razy w roku – musielibyśmy utrzymywać jednostki obrony powietrznej na granicy 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, po około 300 osób na zmianę, a myślę, że takie zmiany powinny być dwie” – powiedział były szef sił zbrojnych gen. Martin Herem. A i tak to nie zapewni sukcesu. „Prawdopodobnie zostałby wykryty przez te same jednostki obrony powietrznej, gdy tylko go usłyszały, a potem zobaczyły. W tym momencie zostało bardzo, bardzo mało czasu. Ukraińskie doświadczenie mówi, że takie drony można usłyszeć około 15 sekund przed ich dotarciem do celu. Prawdopodobnie można je zestrzelić wcześniej, ale te 15–30 sekund to całkowity czas, przez jaki znajdują się w zasięgu ognia” – opisał Herem.
Te dwa przykłady z minionych dni pokazują coś jeszcze. W mojej ocenie, tylko komplet tych wszystkich wydarzeń - a chodzi tak o zanieczyszczenie mołdawskiego odcinka Dniestru, kryzysu energetycznego w Mołdawii, incydenty dronowe, jak i formy wciąż utrzymywanego ataku migracyjnego na nasze granice - ujawniają, jak dzień po dniu, wojna i jej skutki pukają coraz częściej w nasze okna. Takie oceny są nieuniknione, gdyż dotykają tych efektów najbardziej - zwłaszcza medialnie - widocznych.
Dlatego już od lat, popularyzację trwania na stanowisku iż współpraca wolnych narodów byłej I Rzeczpospolitej jest istotnym czynnikiem bezpieczeństwa, uważam za tak istotne. Każdy miesiąc potwierdza, że ta świadomość staje się coraz bardziej powszechna. Stąd również cieszy i współpraca polsko-estońska, świętowanie Białorusinów swojego Dnia Wolności w Warszawie, jak i nawet niedawne echa na Litwie polsko-litewskiej kooperacji wojskowej. Trwa wciąż oczekiwanie na podpisanie polsko-łotewskiego porozumienia obronnego. To szczegóły, które muszą tworzyć wspólną całość, na przekór wahadłu wpływów i wspomnianych nacisków.
Na zakończenie, życzę Państwu zdrowych i spokojnych Świąt Wielkanocnych - wspominając również naszych żołnierzy w całym pasie obrony Rzeczpospolitej - od paska granicznego, przez misje i cyberprzestrzeń.