geopolityka • gospodarka • społeczeństwo • kultura • historia • Białoruś • Estonia • Litwa • Łotwa • Mołdawia • Obwód Kaliningradzki • Ukraina • Trójmorze • Trójkąt Lubelski

Opinie Komentarze Analizy

Zdjęcie: GJakubowski KPRP

Większe i mniejsze sojusze

Michał Mistewicz

24-01-2023 09:30


"Ze wszystkich stron Moskale mówią teraz do nas bez przerwy o swoim braterstwie z nami. To naprawdę dziwne, że tak długo żyjemy pod panowaniem moskiewskim, że teraz prawie o tym nie słyszeliśmy, więc nie bez przyczyny przyjrzymy się, jak bracia moskiewscy radzili sobie przed nami i z nami, aby docenić ich szczerość i prawo do naszego braterstwa. Nie mówmy z jakich narodów pochodzili Moskale, nie znajdziemy tam wiele braterstwa, niewola Mongołów i carów moskiewskich całkowicie zabiła w tym narodzie wszelką pamięć o wolności i zamieniła go w bezmyślną wspólnotę ludzi niegodziwych, bez prawdy, bez sprawiedliwości, bez sumienia, i bez bojaźni Bożej." - pisał w "Listach spod szubienicy" Wincenty Konstanty Kalinowski herbu Kalinowa (1838 - 1864)- (Вінцэнт-Канстанцiн „Кастусь” Каліноўскі) - komisarz powstańczego Rządu Narodowego na Litwę i Białoruś w Powstaniu Styczniowym.

Obraz okoliczności napisania tych listów, ich treść, jest jakże znajoma, kiedy wprost porównamy do czasów współczesnych. Kalinowski oczekiwał w więzieniu już na śmierć: nie jak szlachcic poprzez rozstrzelanie, ale ze względu na podkreślanie swojego białoruskiego pochodzenia, na powieszenie jako poddanego cara. I właśnie ze względu na te wszystkie okoliczności, które znów poprzez obrót koła historii przedstawiły nam prawdę wartości stojące za niezłomną postawą Kalinowskiego, sprawiają, że reżim Łukaszenki tak bardzo nie lubi tej postaci. Tymczasem piękne uroczystości z okazji 160 rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego, które odbywały się w Wilnie oraz w Warszawie, znów zjednoczyły przedstawicieli narodów Polski, Litwy, Ukrainy i Białorusi, z których jeden znów znajduje się pod rosyjskim "przyjacielskim" butem, a inny z tym "przyjacielem" walczy o wolność.

Wspominam o tym nie tylko ze względu na historyczną rocznicę naszego zrywu. Bo nawiązaniem do tej tradycji i dobrym zakończeniem mojego poprzedniego komentarza okazał się wywiad, którego Igorowi Janke udzielił Jakub Kumoch, który niedawno odszedł z funkcji szefa Biura Polityki Międzynarodowej Kancelarii Prezydenta RP. W tym wywiadzie Jakub Kumoch mówi o strategii dla Polski, roli Ukrainy w przyszłości i trudnych kwestiach historycznych, a także okolicznościach wojennych. Ale słowa wywiadu, które z mojego punktu widzenia są najważniejsze dotyczą wizji przyszłych stosunków w regionie. "Mamy Polskę i Ukrainę, państwa o podobnym potencjale ludnościowym, z olbrzymią przewagą potencjału gospodarczego po naszej stronie, mamy dwa kraje, które będą budowały silne armie. (...) Te dwie twierdze nie mają ze sobą sprzecznych interesów w dziedzinie bezpieczeństwa, mają tylko wspólne interesy. Więc one powinny współpracować. Mówił o tym prezydent Wołodymyr Zełenski, myślę, że rozumie to bardzo dobrze prezydent Duda i sam o tym mówił. To, że będziemy de facto sojusznikiem Ukrainy, jest dla mnie oczywistością." - mówił Jakub Kumoch.

Jednak wciąż trzeba pamiętać o roli tak woli politycznej, jak i międzynarodowej dźwigni geopolitycznej, a tą ostatnią oceniam, w tej chwili, jako element przeciwny wszelkim ruchom integracyjnym w naszej części Europy. Tutaj wspomnę o jednej kwestii, w dygresji z zakresu pracy organicznej. Przyzwyczajeni - co jest znakiem naszych czasów - do szybkiego działania, szybkiej realizacji zamówień, słowem: wszystkiego "na już", zapominamy, że są pewne dziedziny tak życia, jak i polityki, które nie działają na tych zasadach, które potrzebują spokoju, rozważań, dyskusji, bo waga dzieła przed którym się stoi tego wymaga.

Tak więc z jednej strony mamy do czynienia z wolą polityczną, która bywa ulotną w ciągu tygodni chwilą, a z drugiej rozsądnym debatowaniem, analizowaniem wszelkich "za" i "przeciw". W naszej historii dojrzewanie do wielkich dzieł trwało też długo. Okres między unią w Krewie a unią horodelską dzieli niemal 30 lat, które można nazwać "tylko" sojuszem, ugruntowanym pod koniec grunwaldzką wiktorią. Rozpoczęcie dyskusji i realizację zamysłu unii lubelskiej dzieli znów około 20 lat. O naszej współczesnej drodze do UE nie wspominając. Aby jednak, znów wytłumaczyć o czym mówimy w dzisiejszej sytuacji - mowa o sojuszu suwerennych państw, a nie konstrukcie wprost wziętym z naszej wspólnej historii. Tak czy inaczej, samotność strategiczna, o której napisał niedawno książkę Marek Budzisz, musi zakładać także samodzielną decyzję w tej kwestii, nie zważając na opinie i wpływy obcych nam sił. To na razie tylko teoria.

Czy tak będzie w istocie przekonamy się z czasem, mając nadzieję, że ten chleb powszedni naszego wspólnego bezpieczeństwa urośnie we względnym spokoju. Stoimy także przecież przed innym zagrożeniem dla wspólnych idei, a niestety taką są zbliżające się powoli wybory. Od tego czy będziemy potrafili na chwilę porzucić stan zacietrzewienia w polityce wewnętrznej, zachęcani i pobudzani do tego zapewne przez tych czy innych polityków, wiele zależy. Politycy ci mogą być także realizatorami wpływów innych sił, przykładów takich w naszej historii nie brak, a klientelizm wrósł w świat polityki światowej przecież już dawno, o czym przekonaliśmy się zresztą niedawno na poziomie UE. Zamiast tego, zadawajmy pytania natury fundamentalnej, dotyczących podstaw przyszłości i bezpieczeństwa naszego państwa, ale także wolności obywatelskich.

Wracając jednak do głównego rozważania, warto poniekąd zauważyć na przykładzie zeszłotygodniowej burzy wokół pomocy wojskowej dla walczącej Ukrainy, jak zakres działania tak sojuszu wojskowego, jak i przepisy międzynarodowe, już nie wspominając o roli polityki, potrafią być ograniczeniem dla naszego wsparcia dla państwa, które walczy w imieniu wspólnych wartości. Na ten paradoks wskazuje wielu ekspertów. Teraz główną bolączką państw zachodnich staje się kwestia uzbrojenia, przy czy także tutaj mamy do czynienia z problemami.

"Ponieważ w przewidywalnej przyszłości obronność pozostanie w gestii państwowej, to właśnie kraje europejskie muszą radykalnie zmienić sposób myślenia i działania w odniesieniu do swoich wielomiliardowych narodowych programów obronnych. Bruksela może zrobić tylko tyle, ile jest w stanie. Inicjatywy podejmowane przez instytucje unijne są po prostu zbyt ograniczone, aby przełamać opór państw członkowskich przed postępowaniem w sprawie europejskiej integracji obronnej i odblokować utknięte w martwym punkcie kompromisy w sprawie podziału przemysłu obronnego. Dobre wiadomości o zwiększeniu wydatków na obronę nie zmieniają tego trendu. Paradoksalnie, przyczynia się ona do większej fragmentacji obronności. Oznacza to, że efekt netto dla skuteczności i efektywności europejskiej obrony niekoniecznie jest pozytywny. A to, jak omówiono poniżej, zła wiadomość także dla Stanów Zjednoczonych." - zauważa Nathalie Tocci, dyrektorki Istituto Affari Internazionali, na łamach Texas National Security Review.

Tocci zauważa jednak, że wojna na Ukrainie tchnęła w NATO nowe życie, gdyż sojusz w jej ocenie nie potrafił się odnaleźć po zakończeniu zimnej wojny. Dowodem na to mają być znane słowa prezydenta Macrona sprzed kilku lat o "śmierci mózgowej" NATO, które miały być ilustracją dla dotychczasowej mizerii i rosnących podziałów wewnętrznych. Natomiast w obliczu rosyjskiej agresji wobec Ukrainy, NATO zademonstrowało bezprecedensową jedność. Tocci twierdzi, że NATO może przyczynić się do faktycznego powstania Europejskich Sił Obronnych, wskazując, że 23 z 27 członków UE jest członkami NATO.

"Niektórzy europejscy obserwatorzy obrony opowiadają się za tym rozwiązaniem, ale są na tyle doświadczeni, że zastanawiają się, czy państwa europejskie są tym razem poważne. Chociaż "europeizacja obrony zbiorowej" brzmi jak atrakcyjna propozycja, trudno sobie wyobrazić, że europejskie kontyngenty narodowe mogłyby same stanowić spójną siłę bojową. Ponadto nie można oddzielić odstraszania konwencjonalnego od nuklearnego, a jak wspomniano powyżej, to Stany Zjednoczone zapewniają Europie parasol nuklearny, przy czym dyskusje na temat europeizacji zdolności nuklearnych Francji nigdy nie dojrzały. (...)  Instytucje Unii Europejskiej robią, co mogą, aby wykorzystać ten moment do wzmocnienia europejskich zdolności obronnych, ale mogą zrobić tylko tyle. Obrona pozostaje w rękach narodowych, a siły strukturalne niekoniecznie skłaniają kraje europejskie do większej współpracy. Europejskie wydatki na obronę nie wzmacniają europejskich zdolności wojskowych, a nawet mogą prowadzić do większej fragmentacji w rozbitym europejskim sektorze przemysłu obronnego. W środku wojny Europejczycy polegają na jedynej organizacji obronnej, która może operacyjnie zapewnić im bezpieczeństwo, a jest nią NATO." - napisała Tocci.

Wracając do naszego regionu, nie sposób nie zauważyć kilku politycznych "balonów próbnych", które wysłano z Rumunii, ale także z Mołdawii. Zmieniająca się sytuacja bezpieczeństwa dla Mołdawii, która, jak to już kilka razy wspominałem, toczy równie ważną walkę o swoją przyszłość w warunkach nieustannego rosyjskiego nacisku, zaczęła najwidoczniej wpływać na zmianę zdania władz tego kraju co do  przyjęcia zachodniego parasola ochronnego.

"Nadchodzące lata będą trudne, ze zwiększonym zagrożeniem dla bezpieczeństwa wszystkich krajów w regionie. Absolutnie wszystkie państwa regionu wzmacniają swoje zdolności w zakresie bezpieczeństwa i obrony. Na obecnym etapie ryzyko dla Mołdawii nie musi się urzeczywistnić. Najwyraźniej stres w społeczeństwie był na znacznie wyższym poziomie w lutym ubiegłego roku, ale Mołdawia pozostaje w trudnym regionie, z nierozwiązanym konfliktem, z wojną na Ukrainie. Pozytywną stroną jest to, że nie jesteśmy w tym kontekście sami. Wspierają nas dziesiątki państw i organizacji. Prezydent Iohannis powiedział, że Rumunia nie opuści Republiki Mołdawii przy wszystkich możliwych scenariuszach. Jestem optymistą, że uda nam się utrzymać pokój, demokrację i europejskość w Mołdawii" - stwierdził Nicu Popescu, minister spraw zagranicznych.

Wątek rumuński chronologicznie zaczął ubiegłotygodniowe interesujące wypowiedzi - najpierw szef Socjaldemokratycznej Partii Rumunii Marcel Colacu w odpowiedzi na pytanie czy jego partia i Narodowo-Liberalna Partia Rumunii poprą kandydaturę Mai Sandu w wyborach prezydenckich w Rumunii w 2024 roku, powiedział, że jest jednym ze zwolenników prezydent Mai Sandu i zjednoczenia Wielkiej Rumunii zwracając jednak uwagę na realia polityczne. Kilka dni później, wiceprzewodniczący rumuńskiego Senatu Robert Cazanciuc zaproponował zmianę konstytucji Mołdawii i Rumunii w taki sposób, aby ta sama osoba mogła zostać wybrana na posła do parlamentu zarówno Mołdawii, jak i Rumunii. Następnie pojawiła się wypowiedź dla "Politico" prezydent Mai Sandu, która stwierdziła, że w Mołdawii toczy się dyskusja na temat obrony. "Teraz toczy się poważna dyskusja… na temat naszej zdolności do samoobrony, czy możemy to zrobić sami, czy też powinniśmy być częścią większego sojuszu” – powiedziała. Według gazety, prezydent Sandu miała na myśli NATO, a biorąc także pod uwagę, że w tych dniach w Kiszyniowie z wizytą przyjechał zastępca sekretarza NATO, a przy okazji rumuński polityk Mircea Geoană, jest to możliwe. Brak także jak dotąd wyraźnego zaprzeczenia w tych kwestiach tak przez rządzącą partię PAS, jak i kancelarię prezydent Sandu. Oczywiście zareagowali, ale czysto symbolicznie, prorosyjscy politycy.

Jednak jest jeszcze jedna możliwość, która może być brana przez Kiszyniów. Możliwość ta na tę chwilę jest czysto teoretyczna i wspominam o niej tylko na zasadach ciekawostki politycznej, jako że jeszcze kilka miesięcy temu byłaby nie do pomyślenia. Na takie rozwiązanie, jakiejś formy integracji Mołdawii z Rumunią, mogą wskazywać niedawne badania opinii publicznej. Krótko rzecz biorąc, łatwiej byłoby przekonać rządowi swoich obywateli do jakiejś formy integracji z Rumunią, niż do złożenia wniosku o przyjęcie w skład NATO. I to pomijając już wszelkie inne przeszkody, jak wciąż nierozwiązany problem Naddniestrza i inne problemy generowane przez Rosję. Tak czy inaczej, warto odnotować te wypowiedzi.

Jak widać to już wyraźnie, najbliższe kilka lat, mogą okazać się przełomowe pod wieloma względami dla całego naszego regionu. Natomiast pytanie, jak my sami, stojący pod przysłowiową wieżą, będziemy potrafili dostrzec i wykorzystać pojawiające się szanse, pozostawiam jako otwarte.


opr. wł.
Jeżeli chcecie Państwo wesprzeć naszą pracę, zapraszamy do skorzystania z odnośnika:

Informacje

Redaktor zarządzający: Michał Mistewicz
wykop.pl
Twitter
Facebook
redakcja [[]] czaswschodni.pl
©czaswschodni.pl 2021