geopolityka • gospodarka • społeczeństwo • kultura • historia • Białoruś • Estonia • Litwa • Łotwa • Mołdawia • Obwód Kaliningradzki • Ukraina • Trójmorze • Trójkąt Lubelski

Opinie Komentarze Analizy

Zdjęcie: Zniszczony czołg rosyjski pod Czernihowem fot. DO USZ Północ

Miary zmęczenia

Michał Mistewicz

12-07-2022 09:30


"Długo walczyła prawość z przemocą. Chwiała się często wątpliwa szala zwycięstwa. Obce narody przyglądały się w milczeniu tej walce, rade, że cudzym kosztem poznają, czyli czas przyszedł tryumfu prawości, rade i z tego, że chociaż przemoc wedle rachuby ludzkiej pewniej zwycięży, przecież potarga swe siły w zapasach. Runęła prawość nie siłą sztuki ani przewagą potęgi, lecz podkopana zniecierpliwioną własnych obrońców swawolą - wielka nauka dla ludów, co one mogą, gdy zechcą i co chcieć mają, by mogły." - napisał, jeden z najzdolniejszych polskich oficerów doby XIX wieku, generał Ignacy Prądzyński w swoich Pamiętnikach. Słowa te, opisujące polskie zmagania podczas Powstania Listopadowego, jak widać, aktualne są także w czasach współczesnych.

"Niezależnie od tego, co robi NATO, Europa nigdy nie może być bezpieczna, gdy Rosja ma broń jądrową. Bezpieczeństwo europejskie zależy zatem od rosyjskiego rozbrojenia nuklearnego; nie ma alternatywy. Każde rozwiązanie obecnego kryzysu bezpieczeństwa przetrwa tylko wtedy, gdy pociągnie za sobą całkowitą eliminację rosyjskiej broni jądrowej. Zniesienie sankcji może wiązać się z zaangażowaniem Rosji w wynegocjowany i zweryfikowany program redukcji i ostatecznego usunięcia jej arsenału nuklearnego." - w minionym tygodniu takie słowa napisał w swoim artykule były premier Norwegii, a obecnie prezes Centrum Pokoju i Praw Człowieka w Oslo Kjell Magne Bondevik.

"Kryzys na Ukrainie pokazał nam, że odstraszanie nuklearne jest śmiesznie nieporęcznym narzędziem radzenia sobie ze współczesnymi wyzwaniami bezpieczeństwa. W obliczu inwazji na kraj europejski przez agresora uzbrojonego w broń nuklearną, strategiczne wybory NATO sprowadzają się zasadniczo do patrzenia z bezsilnym przerażeniem na koniec świata. Więcej nowszych, mniejszych lub inaczej rozmieszczonych broni jądrowych nie zrobiłoby nic, aby to zmienić." - zauważa były premier. Według norweskiego polityka, tak NATO, jak i społeczność międzynarodowa powinna podjąć wysiłek na rzecz całkowitego wyeliminowania broni jądrowej.

"W pierwszej kolejności oznacza to porzucenie sprzeciwu wobec Traktatu ONZ o Zakazie Broni Nuklearnej (TPNW) i aktywne wspieranie misji tego traktatu. Na swoim pierwszym spotkaniu, które odbyło się w Wiedniu w zeszłym miesiącu, strony tego traktatu jednoznacznie potępiły "wszelkie groźby nuklearne, niezależnie od tego, czy są one jawne, czy ukryte i niezależnie od okoliczności". Przyjęły plan 50 konkretnych działań, aby zrealizować cele traktatu, jakimi są napiętnowanie i pozbawienie legalności broni jądrowej, zmniejszenie ryzyka wojny jądrowej, a ostatecznie wyeliminowanie broni. Jest to zdecydowanie najsilniejsza i najbardziej praktyczna odpowiedź jakiegokolwiek organu wielostronnego na rosyjskie zagrożenia nuklearne. W przeciwieństwie do tego, Układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej nie zrobił - jak dotąd - dokładnie nic." napisał Bondevik, dodając, że jest to pilnym działaniem na rzecz bezpieczeństwa i przyszłości Europy.

Jakkolwiek ważny jest to głos i warty jest odnotowania, niestety wiemy, że w aktualnej atmosferze wojennej jego założenia nie mogą być zrealizowane. To, że aktualnie nasza uwaga skierowana jest na Europę, nie oznacza, że narastające napięcie na Dalekim Wschodzie, nie wymusi zupełnie innego typu działań na nowym teatrze zmagań.

Zresztą jak wskazał to w swojej analizie "Zimna wojna 2.0 zapoczątkowuje niezaangażowanie 2.0" James Traub, trzeba zwracać uwagę także na niezaangażowane demokracje Azji. "Jorge Heine, były chilijski dyplomata, który obecnie wykłada na Uniwersytecie Bostońskim, w niedawnej rozmowie, powiedział, że "prawdziwy rozłam w sprawie Ukrainy nie przebiega między demokracją a autokracją, ale między globalną północą a globalnym południem".(...) Heine zauważył, że chociaż trzymanie się z Zachodem w czasie zimnej wojny dawało duże korzyści w handlu i pomocy, to teraz korzyści biegną w drugą stronę. "Kiedy urzędnicy Bidena przyjeżdżają do Ameryki Łacińskiej," powiedział Heine, "wiadomość brzmi: 'Strzeżcie się Chin'. Kiedy chińscy urzędnicy jadą do Ameryki Łacińskiej, mówią o mostach, tunelach i kolejach. Można sobie wyobrazić, że pierwsze podejście jest gorzej przyjmowane niż drugie" - napisał Traub. Wróćmy jednak do Europy.

"Ponad cztery miesiące po tym, jak Rosja najechała Ukrainę, wojna, która miała być rosyjskim blitzkriegiem, który przerodził się w klęskę Moskwy, teraz zmieniła się w bitwę okopową, w geopolityczny konkurs wytrzymałości, w którym prezydent Władimir Putin gra na zwłokę, ufając że może pokonać kapryśny, niecierpliwy Zachód." - napisali Peter Baker i David E. Sanger w The New York Times.

"Prezydent Ukrainy Wołodymyr  Zełenski powiedział w zeszłym tygodniu przywódcom G7, że chciałby zakończyć wojnę do końca roku. Ale w Waszyngtonie istnieją poważne wątpliwości, czy jest to możliwe militarnie. Administracja Bidena nie chce być postrzegana jako naciskająca na prezydenta Zełenskiego, aby wynegocjował porozumienie z Kremlem, ryzykując tym samym nagradzanie zbrojnej agresji, ale urzędnicy i analitycy informują, że trudno będzie utrzymać ten sam poziom wsparcia materialnego, ponieważ zmęczenie wojną rośnie po obu stronach Atlantyku. Pomoc wojskowa uchwalona przez Kongres ma według niektórych szacunków trwać do drugiego kwartału przyszłego roku, ale pytanie brzmi, jak długo obecne dostawy broni i amunicji mogą trwać bez degradacji gotowości wojskowej Stanów Zjednoczonych.". zauważają autorzy.

Zmęczenie jest zresztą obustronne i dotyczy także kwestii mniejszości rosyjskich w państwach bałtyckich, które odkąd zaczęło być odcinane od źródeł rodzimej propagandy, zmienia nieco dotychczasową obojętną czy pełną wątpliwości postawę wobec wojny.

"Putin w zeszłym miesiącu pomógł podsycić te wątpliwości, przedstawiając inwazję jako część misji "powrotu i umocnienia" terytorium, które według niego należało "od niepamiętnych czasów" do Rosji. "To," powiedział Putin, "dotyczy Narwy," podbitej przez Piotra Wielkiego w 1704 roku. Burmistrz Narwy, Katri Raik,  estońska historyk, wyśmiała twierdzenia Putina jako nieprawdziwe. Nikt w Narwie, w tym rodowici użytkownicy języka rosyjskiego, ponad 95 procent populacji miasta, powiedziała, nie chce być częścią Rosji. Około 36 procent z 60 000 mieszkańców miasta ma rosyjskie, a nie estońskie paszporty, ale jak powiedziała burmistrz, "nikt nie wyjeżdża, aby żyć w Rosji", gdzie pensje są znacznie niższe, korupcja szaleje, a opieka zdrowotna i inne usługi są znacznie gorsze. Pomimo tej wiedzy, wielu etnicznych Rosjan w Estonii nadal patrzyło przychylnie na Putina, kiedy rozpoczęła się wojna." - czytamy w artykule Andrew Higginsa.

"Zniszczenie wizerunku Rosji pomogło zebrać poparcie, nawet wśród niektórych etnicznych Rosjan, do wstąpienia w szeregi Estońskiej Ligi Obrony, ochotniczej milicji podległej Ministerstwu Obrony. Roger Vinni, etniczny estoński organizator Ligi w Narwie, powiedział, że połowa z jej 300 członków w mieście to etniczni Rosjanie. "Są oni estońskimi patriotami, tak jak my" - powiedział Vinni. Wielu starszych Rosjan, dodał, nadal odczuwa nostalgię za Związkiem Radzieckim, ale ich dzieci i wnuki są bardziej zintegrowane, mówią po estońsku i "widzą siebie jako część Estonii i Europy, a nie Związku Radzieckiego czy Rosji". Młodsi Rosjanie w Narwie włączyli się również w wysiłki mające na celu pomoc Ukraińcom, wielu z Mariupola i innych okupowanych miast, którzy uciekli do Estonii, aby uciec przed rosyjskimi wojskami." - czytamy w artykule.

Rosyjska gra na zmęczenie to temat, o którym wspominałem w moich komentarzach jeszcze przed 24 lutego. Ale zmęczenie samą wojną to jedno, natomiast drugą sprawą pozostaje zmęczenie wspieraniem Ukrainy już w ramach powojennej odbudowy kraju, ale także kwestiami gwarancji pokojowych. Putin wie, że w ostatecznym rachunku zniszczenie ukraińskiej infrastruktury, zmiana w ruinę miast i wsi, będzie rachunkiem nie tyle Ukrainy, ale szeroko pojętego Zachodu. A do tego, co zrozumiałe, apetyt na powojenny wzrost gospodarczy samych Ukraińców jest spory.

"Zacznę od końca. Naszym głównym celem jest wykonanie potrójnego skoku z gospodarki przejściowej (4000 USD na mieszkańca rocznie) do gospodarki rozwiniętej (12000 USD na mieszkańca rocznie). A co najważniejsze, aby przejść tę drogę w ciągu około 10 lat. W praktyce oznacza to stworzenie ukraińskiego cudu gospodarczego – wzrostu na poziomie 7% PKB rocznie w długim okresie czasu. Dlaczego to jest ważne? Bo tylko wzrost gospodarczy pozwala państwu wypełniać swoją społeczną misję - tworzyć równe szanse rozwoju dla wszystkich Ukraińców, zapewniać nowoczesną edukację, wysokiej jakości medycynę, rozwiniętą infrastrukturę i absolutne bezpieczeństwo dla obywateli." - napisała wicepremier Ukrainy Julija Swyrydenko. Jako środki prowadzące do tego ambitnego celu wymieniła zmniejszenie fiskalizmu państwa, dywersyfikację gospodarczą poprzez MŚP, oraz zmniejszenie regulacji działalności gospodarczej, rządy prawa, zmiany roli eksportu, intensywne inwestycje kapitałowe w branżach, poprawę logistyki oraz prywatyzację.

Ukraińska wicepremier pisze o ukraińskim cudzie gospodarczym, jednak nie może on jednak dokonać się bez dwóch rzeczy: wsparcia państw zachodnich przynajmniej na początkowym etapie odbudowy, ale co ważniejsze, bez stabilnego pokoju i trwałych granic państwa. Dlatego właśnie prezydent Zełenski już po ponownym ataku rosyjskim, mówił o systemie gwarancji pokoju na Ukrainie opartym na gwarantach. Tymczasem zgodnie z tym, o czym dowiadujemy się niemal codziennie od tygodnia, a więc o kolejnych skutecznych blokadach pomocy Ukrainie przez Niemcy, kwestia gwarantów pokoju jest pod wielkim znakiem zapytania.

"Kanclerz Olaf Scholz ponownie obiecał udzielić Ukrainie długoterminowych gwarancji bezpieczeństwa – ale nie w sensie automatycznej pomocy wojskowej w przypadku ataku. Jak konkretnie mogłyby wyglądać takie gwarancje, jest obecnie przedmiotem dyskusji z innymi państwami i Ukrainą – powiedział polityk SPD podczas rządowej debaty w Bundestagu. Jasne jest jednak, że nie mogą to być „te, które odpowiadają art. 5 traktatu NATO”. Raczej musiałyby być „dopasowane do konkretnej sytuacji”, powiedział Scholz. W artykule piątym stwierdza się, że wszystkie kraje NATO staną po stronie innego członka sojuszu wojskowego, jeśli zostanie zaatakowany. Scholz nie był jednak bardziej konkretny. Wyjaśnił jedynie, że zawsze można skorzystać z „wysoce skutecznych sankcji” nałożonych na Rosję przez UE, Stany Zjednoczone i inne kraje zachodnie po inwazji na Ukrainę." - czytamy w publikacji "Süddeutsche Zeitung". Dla Ukrainy to bardzo zła wiadomość, bo oznacza to, czego oczywiście politycy ukraińscy głośno nie przyznają, że traktowanie Niemiec jako gwaranta, będzie miało tylko fasadowe, a bardziej papierowe znaczenie.

Wspominałem, już wielokrotnie, że w obliczu niezmienności niemieckich interesów, na szali wagi Rosja - Ukraina, większe znaczenie ma wcześniejsze wyłączanie latarni ulicznych oraz chuchanie na termometr w pokoju "osobopostaci" Helgi, która doświadcza dyskomfortu z powodu braku gazu, niż to czy kilkuletnia Iryna z Charkowa przeżyje do jesieni. Wojna ukazuje z całkowitą brutalnością cenę reguł świata, w którym żyliśmy dotychczas.

Na  koniec wspomnę o naszym, rodzimym zmęczeniu. Miarą tego zmęczenia nie jest kwestia gazu, prądu czy benzyny. Naszą piętą achillesową może być to, jak wykorzystamy naszą odzyskaną pamięć. Pamięć o zbrodni. "Dzisiejsze upamiętnienie ofiar rzezi wołyńskiej, które od kilku lat jest formalnie „Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa Popełnionego przez Ukraińskich Nacjonalistów wobec Obywateli II Rzeczypospolitej”, jest okazją do refleksji o tym, jak historia może wpłynąć na stosunki polsko-ukraińskie. Obecna wojna wstrząsnęła cywilizowanym światem i zbliżyła do siebie Polaków i Ukraińców, zmuszając historię do odejścia na dalszy plan. Jednak jego potencjał konfliktogenny raczej nie został wyczerpany, a jedynie osłabiony, zwłaszcza że przejściowo okrywała go groza wojny i niebezpieczeństwo dla obu krajów ze strony totalitarnej Rosji." - napisał Łukasz Adamski z Centrum Dialogu im. J. Mieroszewskiego, którego artykuł opublikowała ukraińska "Europejska Prawda".

"Warto mieć nadzieję, że zbrodnie Rosji zmuszą oba narody na zawsze do uświadomienia sobie, co jest ważne, a co ważniejsze. Mamy też nadzieję, że wszyscy – zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce – w końcu zrozumieją, że różne interpretacje historii nie oznaczają wrogości, nie oznaczają tolerowania zbrodni przeszłości czy tworzenia gruntu pod antyukraiński sojusz z Rosją lub - sojusz Polski z Niemcami (a jeszcze kilka lat temu takie interpretacje można było znaleźć nawet wśród poważnych komentatorów)." - czytamy w artykule, który warto przeczytać w całości.  A gdy miną już nasze emocje rocznicowe, warto usiąść raz jeszcze i spojrzeć na to co widzimy teraz i dostrzec to co może wyłaniać się w przyszłości. Mogę Państwa zapewnić, że i jedno, i drugie, będzie miało olbrzymi wpływ na nasze życie już bardzo niedługo.


opr. wł.
Jeżeli chcecie Państwo wesprzeć naszą pracę, zapraszamy do skorzystania z odnośnika:

Informacje

Redaktor zarządzający: Michał Mistewicz
wykop.pl
Twitter
Facebook
redakcja [[]] czaswschodni.pl
©czaswschodni.pl 2021