Zdjęcie: Nikola Mirkovic unsplash.com
10-09-2026 08:14
Spodziewany kryzys, o którego możliwości informowaliśmy, uderzył w estoński rząd na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi. Urmas Reinsalu, szef opozycyjnej partii Isamaa zażądał dymisji całego rządu premiera Kristena Michala, grożąc w przeciwnym razie poparciem wniosku o wotum nieufności. A jak wiadomo, rząd od kilku tygodni jest gabinetem mniejszościowym.
Zdaniem polityka obóz władzy rozpada się od wewnątrz, a panujący chaos to stracony czas dla państwa. Opozycja uważa, że nerwowe przedwyborcze roszady kadrowe i sięganie po bezpartyjnych ekspertów stanowią rozpaczliwą próbę zatuszowania błędów oraz uniknięcia za nie odpowiedzialności.
Głównym problemem politycznym jest sytuacja w resorcie obrony. W zeszłym tygodniu ze stanowiska zrezygnował minister Hanno Pevkur, co miało bezpośredni związek z kontrowersyjnym kontraktem zbrojeniowym na 70 milionów euro. Chociaż polityk początkowo wykluczał odejście, błyskawicznie zmienił zdanie. Urmas Reinsalu podkreśla, że obywatele poznali zaledwie wierzchołek góry lodowej, a sprawę charakteryzuje zmowa milczenia, dowodząca nieudolności Partii Reform w zarządzaniu bezpieczeństwem narodowym.
Zdymisjonowanego polityka zastąpi były dowódca sił zbrojnych gen. rez. Martin Herem, który wcześniej opuścił armię kierowaną politycznie właśnie przez Pevkura i nie szczędził krytyki wobec decyzyjnego paraliżu władz. Premier Michal odpiera zarzuty opozycji, przekonując, że nowy szef resortu zagwarantuje utrzymanie budżetu wojskowego na poziomie pięciu procent.
Objęcie urzędu przez byłego dowódcę wiąże się ze zmianami na najwyższych szczeblach urzędniczych. Stanowisko straci dotychczasowy kanclerz ministerstwa obrony Kaimo Kuuse, którego dymisji formalnie zażądał jeszcze ustępujący minister Pevkur. Szef rządu tłumaczył, że urzędnik honorowo wziął na siebie odpowiedzialność za problemy resortu, jednak opozycja żąda ujawnienia prawdziwych powodów rzekomego konfliktu między nim a Heremem. Sposób zwolnienia kanclerza wywołał ostre protesty nawet wewnątrz koalicji. Lider estońskich socjaldemokratów Lauri Läänemets uznał to za decyzję motywowaną wyłącznie interesem partyjnym i porównał te działania do praktyk znanych z Gruzji czy Węgier rządzonych przez Viktora Orbana. Polityk przypomniał, że prawo wprost zabrania zwalniania apolitycznych urzędników państwowych jedynie na skutek zmiany na stanowisku ministra.
Chaos w rządzie potęgują odejścia w innych departamentach. Do dymisji podał się minister energetyki i środowiska Andres Sutt, ogłaszając, że nie wystartuje w nadchodzących wyborach i planuje dokończyć kadencję jako szeregowy poseł. Odchodzący polityk zdążył jeszcze nakreślić wyzwania stojące przed estońską polityką klimatyczną. A przypomnijmy, że kierowany przez Sutta resort był przeciwnikiem wprowadzenia ETS2. Premier Michal zapowiedział z kolei, że kierowanie tym resortem wymaga znalezienia osoby z odpowiednim doświadczeniem w zarządzaniu. W ocenie opozycji dymisja Sutta pozostawia po sobie jedynie organizacyjny bałagan, a w kuluarach głośno mówi się o kolejnych możliwych rezygnacjach w gabinecie. Minister infrastruktury Kuldar Leis publicznie zapewnił o swoim pozostaniu na stanowisku, jednak oponenci przypominają, że dokładnie w ten sam sposób zaklinał rzeczywistość Hanno Pevkur na krótko przed własnym upadkiem.
Krytycy działań rządu są zgodni, że maskowanie kryzysu nowymi nominacjami nie nada pracom gabinetu dynamiki, a jedynie utrwali decyzyjny zastój przed zbliżającymi się wyborami. „Podejmujcie decyzje, a nie wymieniajcie ministrów” – zaapelowała Lavly Perling, liderka pozaparlamentarnego ugrupowania Prawica. Lider partii Isamaa przestrzegł z kolei posłów, że jeśli wniosek o wotum nieufności wobec premiera nie zyska wymaganej większości, odpowiedzialność za dalsze niszczenie struktur państwa spadnie na każdego parlamentarzystę, który nie zagłosuje przeciwko obecnemu rządowi.