Zdjęcie: Pixabay
04-08-2026 09:30
"Meie NATO liitlane on ründe all ja meie õnnitlesime agressorit! - "Nasz sojusznik z NATO jest atakowany, a my pogratulowaliśmy agresorowi!" - brzmi tytuł artykułu Erkki Koorta na łamach estońskiego Postimees. "Europa znalazła się w kryzysie migracyjnym, ale co gorsza – znaleźliśmy się w kryzysie zaufania. Problemem nie jest tu około 80 nielegalnych imigrantów, którzy dotarli do Estonii, ani 60 000 nielegalnych imigrantów, którzy przedostali się z Maroka do hiszpańskiej enklawy. W zależności od roku do UE przybywa około 0,7–1,2 miliona nielegalnych imigrantów. " - zauważa estoński ekspert. Jak zauważa, brak pewności siebie oraz zaufania podważa trwałość wartości europejskich, które zresztą już dawno stały się czystym pustosłowiem.
„Znając sytuację w strefie przygranicznej w Rosji i na Białorusi, można z całą pewnością stwierdzić, że nikt nie może ot tak sobie wkraść się do strefy przygranicznej w tych krajach. W tych krajach kontrola jest sprawna na wiele kilometrów przed granicą. Na Białorusi struktury państwowe są zdecydowanie zaangażowane” – powiedział [estoński minister spraw wewnętrznych Igor -red.] Taro. Dodał, że istnieją dowody wideo pokazujące, jak przypuszczalni białoruscy strażnicy graniczni kierują migrantów na granicę, a czasem nawet pomagają im w niszczeniu infrastruktury granicznej. Pozostają po drugiej stronie ogrodzenia i przepychają ludzi przez płot lub dziurę na drugą stronę." - czytamy w estońskich mediach.
"Dwa podstawowe błędy popełnione przez Madryt w ostatnich tygodniach stały się głównymi czynnikami najnowszego kryzysu, który zachęcił dziesiątki tysięcy migrantów do gromadzenia się na granicy w oczekiwaniu na przerwanie tamy. Po pierwsze, rząd Sáncheza ogłosił amnestię ogólną dla nielegalnych, nieudokumentowanych migrantów przebywających w Hiszpanii przez co najmniej pięć miesięcy przed 31 grudnia 2025 r. Ta legalizacja nie dotyczy nowo przybyłych, ale nieuchronnie daje im perspektywę, zachętę do spróbowania, być może w oczekiwaniu na kolejną amnestię. Po drugie – i jeszcze poważniejsze – jest orzeczenie Sądu Najwyższego (hiszpańskiego Trybunału Konstytucyjnego) sprzed trzech tygodni, który uznał natychmiastowe zawracanie migrantów przybywających drogą morską za bezprawne – w tym tych, którzy dopłynęli do Ceuty wpław, co widać na zdjęciach z tej godziny." - wyjaśnia Federico Punzi na łamach "Atlantico".
Natomiast w opinii Kerta Valdaru, estońskiego eksperta ds. migracji, napływ dziesiątek tysięcy ludzi do Ceuty został z całą pewnością zaplanowany przez rząd marokański. „Pojawiły się spekulacje, że mogło to być ostrzeżeniem dla władz hiszpańskich, które zaczęły ponownie bardzo dobrze współpracować z Algierią lub zamierzają to robić w przyszłości, zarówno gospodarczo, jak i politycznie” – powiedział Valdaru. Oba wyjaśnienia nie wykluczają udziału innego, znacznie bardziej odległego gracza.
"Szef ukraińskiego MSZ Andrij Sybiha zapowiedział 1500 materiałów na temat sytuacji w Ceucie, które zostały natychmiast rozpowszechnione w Europie za pośrednictwem rosyjskich kanałów Prawda i RT. Ton tej narracji jest dość oczywisty: „podczas gdy hordy migrantów opanowują Europę, UE wysyła miliardy na Ukrainę”. UE mogła zademonstrować jedność i stanowczość Wspólnoty w ochronie granic Europy. Zamiast tego widzieliśmy, jak niektóre rządy próbowały zdystansować się od problemu i rzucać oskarżeniami. Kreml może nie zainicjował kryzysu w Ceucie, ale wyraźnie na nim skorzystał, po raz kolejny dowodząc braku jedności w Europie." - taką opinię czytamy w ukraińskich mediach.
Jak już kiedyś wspominałem, częstym towarzyszem komentarzy tygodnia jest ciąg dalszy wątków w nich wspominanych. Tak więc minione dni dostarczyły następnych dowodów na sens ubiegłotygodniowych rozważań. W mojej ocenie problem polega na tym, że wciąż nie wyciąga się odpowiednich wniosków z tych lekcji. I teraz powinna nastąpić istotna uwaga: czym innym jest typowa analiza polityczna, a czym innym odczucia społeczne. Biorąc pod uwagę te zastrzeżenie, mógłbym znacznie rozszerzyć ten kierunek refleksji. To nie tylko brak zaufania, ale kunktatorskie zadufanie rządzących ("wiemy lepiej") i brak odbioru głosu społecznego są dodatkowymi przyczynami ostatnich problemów.
I znów można przytoczyć tutaj skrajne przykłady od starożytności zaczynając - od secessio plebis w okresie istnienia Republiki Rzymskiej, czy upadku Kleandra za czasów cesarza Kommodusa - do czego prowadzi tradycyjne już "zaskoczenie" władzy oburzeniem społeczeństwa. Od lat temat migracji ma przecież w Europie dwojakie znaczenie: ze strony ugrupowań lewicowych jest to przymykanie oka na oczywiste dowody błędnej polityki migracyjnej przy jednoczesnym oskarżaniu oponentów o rzekome konszachty z Kremlem, a po stronie społeczeństw naszego regionu, zdroworozsądkowe uwagi dotyczące wpływu tego procederu tak na bezpieczeństwo, jak i gospodarkę. Kłopot leży w tym, że ta pierwsza, błędna interpretacja, ma wciąż przewagę w mediach głównego nurtu, nie bez powodu objętych autocenrurą tematyczną.
Jak widać, wydarzenia w odległej Ceucie, hiszpańskiej eksklawie w Maroku, dotarły echem do naszego podwórka. Znacznie mocniej niż błyskawicznie zapominana rosyjska rakieta "ot to tylko wypadek". Clou aktualnego problemu to wciąż współczesna interpretacja idei sojusznika. Czym jest w istocie? To co przyniosły ostatnie lata to fasadowe przytakiwanie wartościom - przy czym spotykamy się tutaj z nadmiarem faktów temu zaprzeczających. Dla przykładu, wiadomo już, że kwestia następnych sankcji UE wobec Rosji może okazać się szczególnie problematyczna do przeforsowania. Rośnie przecież i zmęczenie wojną - a raczej wojnami - jak i zawęża się lista interesów poszczególnych państw.
Na horyzoncie następny przechodni kanclerz Niemiec, którym okazał się Friedrich Merz, jest już obwiniany w swoim kraju o utorowanie drogi do spodziewanego zwycięstwa AfD w najbliższych wyborach. Jeśli te prognozy się sprawdzą to polskim czytelnikom nie trzeba przedstawiać możliwych reperkusji takiego obrotu dziejów. O jednej z nich czytamy w The Telegraph.
"Stabilność wewnętrzna kandydatów, którzy mogliby wypełnić tę lukę, takich jak Friedrich Merz z Niemiec, pozostaje pod znakiem zapytania. Tymczasem kandydaci na przywódców, którzy są bardziej przychylni Rosji, tacy jak Marine Le Pen, czekają w rezerwie i mogą zmienić europejskie poparcie dla Ukrainy w przyszłym roku.(...) Pewien zachodni urzędnik ostrzegł, że jeśli któryś z radykałów zdobędzie klucze do władzy, NATO będzie miało „duży problem”. - czytamy w artykule.
"Niemiecki kanclerz udaremnił również unijne wysiłki mające na celu zakazanie swobodnego przemieszczania się rosyjskich dyplomatów po całej strefie Schengen oraz odmówił zamknięcia Domu Rosyjskiego – centrum kultury w Berlinie, znanego z tego, że stanowi przykrywkę dla moskiewskiej siatki szpiegowskiej. „Takie zachowania to dla Moskwy sygnał, że robimy mniej, niż moglibyśmy – powiedział Kiesewetter. – To nie jest żadne przywództwo. Kto więc miałby przewodzić Europie? Potrzebujemy kogoś na miarę Churchilla. Mieliśmy już kilka «momentów Churchilla», ale jak dotąd w Europie nie mamy żadnego Churchilla. Uważam, że Europę zmieni albo wydarzenie na miarę 11 września, albo osobista refleksja niektórych liderów politycznych w Europie, którzy uznają: «teraz przyszedł mój czas»”. Jeśli Europa nie wesprze Ukrainy lub nie dotrzyma obietnic złożonych Kijowowi, konsekwencje geopolityczne mogą być poważne. Przyszłe ukraińskie rządy mogą odwrócić się od niewiarygodnego Zachodu w stronę innych mocarstw w sąsiedztwie." przytaczana opinia Rodericha Kiesewettera, posła CDU, mówi wiele o stanie dyskursu politycznego Europy Zachodniej.
Dlatego śledząc te debaty, w moim odczuciu ważniejsza jest rola integracji wewnątrz najbardziej narażonego odcinka - i tutaj myślę bardziej w kategoriach NATO niż UE. A może bardziej w kategoriach Trójkąta Lubelskiego, który w mojej opinii mógłby odgrywać znacznie ważniejszą rolę niż tylko obecne "zdjęcia do albumu". Dlatego jednostronne decyzje, jak Estonii, która na miarę swoich możliwości wsparła Łotwę mierzącą się z "naszym" napływem migracyjnym, są tak ważne. W tym kontekście, mogę tylko spekulować, czy łotewska decyzja blokady jedynego przejścia granicznego z Białorusią jako sposobu nacisku na reżim Łukaszenki była podpowiedzią polskiej dyplomacji. Na końcu tego rozumowania znajduje się najważniejszy wniosek.
Wyrażę tutaj wieloletnie przeświadczenie, że jako społeczeństwa naszego regionu byłej I Rzeczpospolitej, w znakomitej większości uważamy, iż sojusznikiem jest ten, co do którego mamy pewność całkowitego wsparcia, bez zwłoki na dywagacje dyplomatyczne. Od pierwszej minuty obrony wspólnej przestrzeni. To oczywiste credo i dogmat. Im bliżej tego wzorca będą decydenci naszych krajów, tym lepiej nie tylko dla ich przyszłości w polityce, ale przede wszystkim dla naszego bezpieczeństwa.
Ważną umiejętnością jest rozpoznawanie faktycznych i najbliższych zagrożeń - najwidoczniej rupadek następnej rosyjskiej rakiety w naszym kraju został już skutecznie zbagatelizowany jako wypadek. Tymczasem wypadkiem można określić stan alarmowania i ochrony ludności o czym już wielokrotnie pisałem. Co bardziej istotne, nagłaśniane medialnie dywagacje niektórych polskich polityków o możliwej prowokacji nie zauważają narastajacych kłopotów naszego łotewskiego sojusznka, a rakietę spycha się w kąt naszej uwagi.Takie podkładanie się na zasadzie "coś w końcu się wydarzy" bez reakcji na obecne zdarzenia to tylko woda na młyn działań przeciwnika.
Osobną kwestią jest to, że z tak dalekich przykładów jak afrykańska Ceuta warto wyciągnąć jeszcze inny wniosek. Hiszpania nie zrezygnowała przez wieki ze swego stanu posiadania w Afryce. Podobnie jak Polska nie powinna nigdy rezygnować z celu integracji innej, znacznie bliższej nam eksklawy. Niezależnie od tego iż jest to dzisiaj niewykonalne, przygotowanie takiego scenariusza uważam za słuszne i celowe. Ale to już temat na zupełnie inny komentarz.