Zdjęcie: Pixabay
28-07-2026 09:30
"Jeszcze sześć czy siedem lat temu poczucie zagrożenia ze strony Sowietów było tak żywe i realne, iż z jednej strony cementowało jedność w sensie politycznym, a z drugiej strony dodawało bodźca do dźwigania ciężarów zbrojeniowych. Lecz obecnie, gdy Ameryka dysponuje lotnictwem strategicznym, które, startując z baz amerykańskich, może dokonać wodorowego bombardowania w dowolnym punkcie na kuli ziemskiej w państwach bloku zachodniego utrwala się przekonanie, że Rosja wojny nie podejmie. A nawet gdyby Sowiety zaryzykowały tak szalony krok - sądzą na Zachodzie, że o wyniku wojny zadecydowałyby atomowo-odwetowe bronie w dyspozycji Ameryki a nie konwencjonalne siły zbrojne sojuszników." - tym razem cytat artykułu Juliusza Mieroszewskiego z 1957 roku, zamieszczam w ramach ćwiczenia umysłowego, ale jakże dobrze wpisującego się we współczesne niepokoje.
Myślę, że tak wśród Czytelników, jak i ekspertów, nie ma w tej chwili osoby, która przewidziałaby z przekonywującą pewnością nie tylko to co stanie się za sześć czy siedem lat w naszym regionie, ale również w znacznie krótszym okresie czasu. Tym właśnie charakteryzuje się ten okres niepewności. Co więcej, na okres niepokoju geopolitycznego nakłada się kolejny przełom technologiczny, który spójnie sięga tym razem nie tylko globu, ale i kosmosu. Razem rodzi to pytania o naszą przyszłość.
Obawy w naszym regionie skupiają się wokół zagrożenia nieokreśloną prowokacją, określaną pod gładkim określeniem "działań hybrydowych". W mojej ocenie dawno przestarzałe, ale jakże lekkostrawne pojęcie dla internetowych algorytmów rządzących dzisiaj mediami. Stworzonymi przez zachodnie środowiska lewicowe tkwiące w epoce końca historii. O tym co składa się na pojęcie owego pojęcia "języka hybrydowego" pisałem w minionym roku. Niestety trwające faktycznie działania na progu wojny nadal są słabo dostrzegane nawet przez analityków.
"Operacje hybrydowe stały się regularnym zjawiskiem na wschodniej flance NATO. Zachodnie agencje wywiadowcze ostrzegają, że Rosja i Białoruś nie tylko kontynuują tego typu działania, ale wręcz je intensyfikują i stopniowo zbliżają do progu otwartej wojny. Właśnie dlatego coraz ważniejsze staje się nazywanie rzeczy po imieniu. (...) To, co określamy mianem operacji hybrydowych, ma kilka wspólnych cech. Często znajdują się one w szarej strefie prawnej, co utrudnia ich przypisanie. Ustalenie, kto ostatecznie zlecił daną operację, jest często niemożliwe. Czy przemyt z Białorusi na Litwę jest dziełem wyłącznie sieci przestępczych, czy też stoją za tym białoruskie władze państwowe i służby wywiadowcze? Jeśli w regionach zamieszkanych przez mniejszości rosyjskie pojawią się uzbrojone, rosyjskojęzyczne „zielone ludziki”, incydent ten również można przedstawić jako lokalną inicjatywę, a nie operację kierowaną przez państwo – tak jak miało to miejsce na Ukrainie w 2014 r. Te niejasności sprawiają, że precyzyjny język jest koniecznością. W przeciwnym razie istnieje ryzyko, że termin „wojna hybrydowa” stanie się niczym więcej niż mechanizmem „gotowania żaby”: normalizowania coraz bardziej agresywnych działań, ponieważ wszystkie mieszczą się pod jedną, niejasną etykietą." - zauważa Michał Kujawski na łamach "Kyiv Post".
Zmiana języka jest potrzebna, zwłaszcza, że wśród tych medialnych dywagacji "gdzie to się stanie", nie zauważamy już trwających operacji sabotażu migracyjnego. Pod koniec minionego roku wspominałem o dramacie naszego litewskiego sojusznika, który praktycznie samotnie zmagał się z białoruskim sabotażem pod wieloma postaciami. Teraz, już w nieco innych okolicznościach, z podobnym problemem walczy Łotwa. Teraz właśnie nasz łotewski sojusznik potrzebuje wsparcia na granicy z Białorusią.
Litwa wysłała już 20 osobowe wsparcie, przy czym nie obyło się bez kontrowersji w tamtejszym rządzie i dość niepokojącego stanowiska ministra spraw wewnętrznych. Trudno powiedzieć czy jest to kolejna sytuacja wykorzystywana dla doraźnych rozgrywek politycznych. Przypomnijmy, że Łotwa jest wciąż w ogonie budowy linii kolejowej Rail Baltica, ale z punktu widzenia Wilna ważniejsza wydaje się kwestia połączeń lotniczych obsługiwanych przez łotewskiego przewoźnika airBaltic. Jak wiadomo linie te walczą o przetrwanie, pojawiły się już pogłoski o cięciach połączeń z sąsiadami. Warto przypomnieć, że airBaltic był do niedawna na trzecim miejscu przewoźników lotniczych na Litwie obsługując około 12% ruchu pasażerskiego - dla porównania LOT był na 4 miejscu z 6% ruchu.
Inną kwestią jest budowa Bałtyckiej Linii Obrony, która również uległa przyspieszeniu na Łotwie. Tak więc naciski na zwiększenie wysiłków własnych w obliczu zwiększonego naporu nielegalnych migrantów to jedna kwestia. Lecz w opinii Estończyków, Łotysze uruchomili dostępne środki. Prezydent Edgars Rinkēvičs zapowiedział kolejne działania w tej sprawie. Co ważniejsze, zupełnie inne stanowisko przyjął właśnie Tallinn. Bez zbędnych dyskusji wysłano wsparcie dla sąsiada. I tutaj z mojego punktu widzenia pojawia się zasadnicze pytanie. Oczywiście nie będzie to zbyt udane porównanie, lecz jeśli w tym samym czasie wysyłamy wsparcie dla Hiszpanii i Francji w walce z pożarami, to czy nie warto też zwrócić uwagę na wsparcie dla znacznie bliższego nam sojusznika?
Nie tylko w mojej ocenie, pole dla powoli reagującej naszej dyplomacji, jest tutaj szerokie. Wysłanie wsparcia wojskowego, czy też funkcjonariuszy granicznych, bądź to z świeżo utworzonego KOP, może nie tylko podnieść wartość realnego wsparcia sojuszniczego, ale również wpłynąć na zwiększenie zebranego doświadczenia. "Różnicując skalę presji na poszczególnych odcinkach granicy, reżim [Łukaszenki na Białorusi - red.] może też testować jedność Polski, Litwy i Łotwy w polityce wobec Białorusi." - zauważają Bartosz Chmielewski i Kamil Kłysiński z OSW.
"Zdaniem [byłego dowódcy Estońskich Sił Zbrojnych gen. rez. Martina - red.] Herema długi okres pokoju w Europie Zachodniej stworzył przekonanie, że nawet młodsi oficerowie są raczej dyplomatami niż wojskowymi. „W rezultacie, śmiem twierdzić, w państwach Zachodu wyrosło całe pokolenie oficerów, którzy nie lubili już walczyć” – powiedział i podał przykład kreskówki z czasów okupacji sowieckiej pt. „Wojna grzybów i grochu”, w której wszystkie postacie wyglądały świetnie, dysponowały świetną technologią i wygłaszały niezwykle mądre kwestie." - czytamy w estońskich mediach.
Stąd właśnie, jak też m.in. z powodu nagłośnionych spotkań niemiecko-rosyjskich w Azerbejdżanie, konsolidacja w naszej przestrzeni jest tak istotna. W tej chwili reagowanie nie tyle na hipotetyczne sytuacje, ale trwające problemy są znacznie lepszym dowodem trwałości sojuszu niż jakiekolwiek symboliczne deklaracje polityków. Zmiana języka niewiele zmieni, jeśli nie będziemy potrafili wprowadzić w czyn wniosków z tego wypływających. Czy tego chcemy czy nie, to szczególnie od połowy 2021 roku, jesteśmy razem na linii cichego, ale nadal frontu granic NATO.