Opinie Komentarze Analizy

Listek po liściu

Zdjęcie: Jegor Komarow unsplash.com

Listek po liściu

Michał Mistewicz

27-10-2026 09:30

Fale oburzenia po decyzji lwowskiego samorządu w sprawie uhonorowania UPA, powoli mijają. Choć odium tego co się stało, będzie trwało o wiele dłużej niż obecne zrywania współpracy przez polskie samorządy z ich ukraińskimi odpowiednikami. Zwłaszcza, że nadal nie ma oczywistego rozwiązania. Co więcej, nadal brak zrozumienia niuansów tego wydarzenia. A tu podobnie, jak to ma miejsce w wielu innych krajach, gra historią stała się elementem partyjnych przepychanek. Korelacja czasowa też jest dość istotna - pierwsza propozycja tej uchwały w lwowskim samorządzie padła w okresie poprzedniego zaognienia relacji polsko-ukraińskich. Bez powtarzania już naszych ustaleń w tej kwestii, chcę zwrócić uwagę na powtarzający się motyw nie tylko w ukraińskiej polityce.

Z mojego punktu widzenia, jest coś najbardziej uderzającego w tym obrazie. Tego samego dnia, ten sam samorząd, przyjął program „Obwód lwowski regionem praw człowieka”. Jakże wielki rozrzut wartości. Od honorowania morderców po wzór praw człowieka. Jeżeli tak fasadowo pojmuje się prawa człowieka na zachodniej Ukrainie, to nasz sąsiad ma ogromny problem. A to wynika, również z braku chęci rozwiązania problemu historycznego. Prezydent Zełenski nie jest już - przez wcześniejsze własne wypowiedzi - adekwatnym inicjatorem takiego rozstrzygnięcia. Jak wspomniałem niedawno, jako społeczeństwo, a nie politycy czy dyplomaci, oczekujemy na nowe otwarcie. Czy się tego doczekamy?

Przykład kultury najnowszej pokazuje tragizm takiego podejścia. Niemal dokładnie dekadę temu, Instytut Polski w Kijowie, nagle odwołał pokaz filmu "Wołyń" w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, co miało się stać w wyniku nacisków ukraińskiego MSZ. Film nie wszedł do dystrybucji. I teraz skojarzenie z podobną rolą filmu "Katyń" po katastrofie smoleńskiej, niestety jest tą tragiczną szklanką wody na młyn rosyjskiej propagandy.

"Większość krytykuje. Najmocniej obrywa się Smarzowskiemu za scenę święcenia kos i siekier. Wielu sugeruje, że w eskalacji sporów o Rzeź Wołyńską macza palce sam Putin. Najważniejsze jednak jest to, że na stanowisku „wołyńskich negacjonistów” stoi już tylko margines ukraińskich komentatorów. Droga do pojednania będzie jeszcze długa, zaś do ostatecznych rezultatów można żywić umiarkowany optymizm." - pisała w 2016 roku Paulina Lang. Dziesięć lat później stoimy wszyscy w tym samym miejscu. I teraz nie wspominam już o filmie, który notabene - być może - zmusiłby choć część młodego pokolenia Ukraińców do przemyślenia wpływu historii na nasze kontakty.

A wówczas, faktycznie ani Polacy, ani Ukraińcy nad tą historią nie panowali, co nie może tłumaczyć zbrodni. Ukraińcy wykonali to, czego oczekiwano od nich zupełnie gdzie indziej. Divide et impera, a raczej "Teile und herrsche", a w ostatecznym rezultacie "Razdielaj i włastwuj". A zaczęło się od Fryderyka II i jego"wie eine Artischocke, Blatt für Blatt“. Czterdzieści trzy lata po tych ostatnich słowach, Polacy, Litwini, przyszli Białorusini, Ukraińcy, Łotysze i Estończycy oraz inne narody wchodzące w skład, straciły wspólne państwo. Listek po liściu, a później naród po narodzie, obywatel po obywatelu. Aby nikomu nigdy więcej nie przyszło do głowy grać w jednej drużynie.

Obecna sytuacja jest paradoksalna. Dla tych, którzy mimo coraz większej krytyki wciąż wspierają walczący kraj, było to ponownym przykrym i niespodziewanym ciosem. Dla krytyków, było o to tylko kolejne potwierdzenie ich  perspektywicznie bardzo krótkich, racji. To co warto, aby ukraińscy czytelnicy dostrzegli, to oczywisty fakt, o którym wspominam od lat. Bez rzeczywistego, a nie rozciągniętego na dekady, procesu ekshumacji, naświetlania tej naszej historii, będziemy zatrzymywać ten wspólny pociąg za każdym zakrętem. I nawet już nie chodzi o integrację z UE.

Jak wspomniałem rozrzut tematyczny minionych dni charakteryzuje podział na Europę Zachodnią i obszar byłej I Rzeczpospolitej. Zachodnie ośrodki eksperckie, skupiają się obecnie na wyjaśnianiu przyczyn rozruchów w Europie. Symptomatycznie zauważę, że jako obserwator sposobów działania lewackich ruchów w Europie Zachodniej od lat 60 XX wieku, dodam, że dość łatwo skojarzyć z ostatnimi ekscesami.nagłą chęć Kremla do dopuszczenia Europejczyków do stołu negocjacyjnego w kwestii pokoju na Ukrainie. Ale na chwilę zostawmy na boku te spekulacje.

"Według ustaleń NewsGuard, rosyjska operacja wpływu Matrioszka, znana z podszywania się pod wiarygodne media i instytucje, rozpowszechniła w ciągu zaledwie dwóch dni 20 sfabrykowanych doniesień dotyczących protestów. Materiały przedstawiano jako autentyczne publikacje rozpoznawalnych redakcji. W rzeczywistości wykorzystywano ich nazwy oraz identyfikację wizualną, aby nadać wiarygodności całkowicie zmyślonym informacjom." - donosi Cyberdefence24.

Włoski "Atlantico" w kilku artykułach podkreśla zasadniczy fakt: nastąpiło uderzenie w bezpieczeństwo społeczne. "Bezpieczeństwo nie jest ustępstwem politycznym ani hasłem wyborczym. To fundamentalny warunek wolności. To prawo do poruszania się po mieście bez strachu, korzystania z transportu publicznego bez poczucia zagrożenia, otwierania sklepu bez obawy przed aktami wandalizmu, uczestniczenia w pokojowej demonstracji bez stawania się zakładnikiem grup stosujących przemoc. Jednak w obliczu obrazów starć, ataków i zniszczeń, część sceny politycznej wydaje się bardziej zainteresowana środkami podejmowanymi w celu zwalczania przemocy niż konsekwencjami ponoszonymi przez obywateli." - napisała publicystka Antonella Gramigna po niepokojach w Mediolanie.

"Znaczna część europejskiej opinii publicznej, nawet umiarkowanej i centroprawicowej, nadal postrzega imigrację głównie przez pryzmat ekonomii. Kto będzie pracował w fabrykach? Kto będzie opiekował się osobami starszymi? Kto będzie zbierał plony? Kto wykona wszystkie te prace, których Europejczycy najwyraźniej już nie chcą wykonywać? (...) Problem polega na tym, że za uzasadnioną koniecznością ekonomiczną stopniowo zakorzeniła się iluzja: że można importować siłę roboczą w nieskończoność, utrzymywać niskie koszty i traktować integrację społeczną i kulturową jako zmienną drugorzędną. Polityki demograficznej nie można budować wyłącznie na kwartalnych potrzebach przedsiębiorstw. Nie możemy oczekiwać, że koszty utrzymania pracownika znajdą się w jego wypłacie, ignorując mieszkania, szkoły, usługi publiczne, bezpieczeństwo i spójność społeczną. Przede wszystkim, regulowana imigracja w celu zatrudnienia nie może być mylona z ideą, że każde dalsze otwieranie granic automatycznie oznacza korzyści ekonomiczne. Kraj to nie tylko rynek pracy. To wspólnota historyczna, z instytucjami, zasadami, tradycjami i dziedzictwem kulturowym gromadzonym przez wieki." - zauważa włoski poseł Antonio Zennaro. 

Trudno w tej chwili przewidzieć, do jakich ustaleń dojdą historycy oceniający po latach te wybuchy buntu. W tym rozchwianym systemie europejskim pojawia się więc nagłe i łaskawe zezwolenie Moskwy na "rozmowy pokojowe". A tu już zapala się lampka alarmowa w państwach naszego regionu.

"Ukraina z pewnością musi otrzymać rzeczywiste gwarancje bezpieczeństwa, a nie te, które rzekomo otrzymała w Budapeszcie w 1994 roku. Odbyło się wiele rozmów między USA, Ukrainą i Europą na temat tych przyszłych gwarancji. Na Ukrainie i w Europie panuje powszechne przekonanie, że konieczny jest udział USA w zapewnieniu Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa. Przynajmniej z publicznych źródeł wynika, że ​​obecnie nie jest jasne, jakie gwarancje mogą oferować Stany Zjednoczone. Przeciwnie, stale odnotowuje się wrażenie, że Stany Zjednoczone oczekują od Europy wzięcia odpowiedzialności zarówno za własną obronę, jak i za gwarancje bezpieczeństwa oferowane Ukrainie w przyszłości. Uważam zatem, że Europa musi podjąć poważny wysiłek, aby być w pełni przygotowana do radzenia sobie bez Stanów Zjednoczonych." - powiedziała Kristi Raik, dyrektorka estońskiego ICDS, która wyraziła to co wiemy już od dłuższego czasu.

Zakładając, że sytuacja wsparcia dla Ukrainy, której kończy się czas i pieniądze, może ulec pogorszeniu, to kto pozostaje największym najbliższym sąsiadem, nie tylko pod względem geograficznym, historycznym, handlowym, na tę chwilę teoretycznie odpowiedzialną na gwarancję? W ostatecznym rozrachunku, to nie odległe Niemcy, ale jak zawsze Polska jest tym, kto pomimo czynionych złośliwości, dotrzymuje słowa. W tym sensie można odczytywać artykuł Mikołaja Kwiatkowskiego. Czas aby Kijów przestał żyć teoriami o dealach z Zachodem, dla których Ukraina jest faktycznym ,a nie deklaratywnym, dyplomatycznym balastem, a dostrzegł to czego tak nie chcą jego elity.
 


opr. wł.
Ostatnie wiadomości z #polska
Piątkowy nasłuch CW (143)
Wirtualna kawa za pomocą portalu suppi.pl:
Wspieraj nas na suppi.pl