Zdjęcie: M Czapliński KPRP
09-06-2026 09:30
"Czasami żartuję, że kiedy idę przez Waszyngton, to się potykam o niemieckie fundacje. Dlatego że każda partia w Niemczech jest fundowana i ma swoje fundacje, i w związku z tym pootwierali biura w Waszyngtonie. Niemcy są obecni w codziennej rozmowie, czy to na Kapitolu, czy to w tej społeczności think tanków, czy w uniwersytetach. Polski po prostu w Waszyngtonie nie ma" – mówi prof. Andrew Michta, cytowany już kilkukrotnie w moich komentarzach, ekspert związany z Hamilton School na Uniwersytecie Florydy i Atlantic Council.
"Największym problemem w Europie, w mojej ocenie jest brak woli politycznej elit i w ogóle słabość elit europejskich. Jeżeli spojrzy pan na potencjał ludnościowy, gospodarczy kontynentu europejskiego, to nie powinno być żadnej rozmowy. Jest potężny. Rosja jest cieniem tego, czym był Związek Sowiecki." – ocenia prof. Michta.
Te dwa zdania z minionych dni, umieszczam na wstępie, gdyż sygnalizują one coś, co widać nie tylko z poziomu oczu ekspertów, ale również zwykłych obywateli. O ile o niemieckiej obecności po drugiej stronie oceanu wiadomo nie od dziś, to zastój polskiej dyplomacji implikuje konkretne wydarzenia w naszym regionie byłej I Rzeczpospolitej.
Stali czytelnicy wiedzą, że moje przywiązanie do pewnych terminów wynika z konkretnego celu. Innymi słowy, są one od lat stosowaną konsekwentną kalką znaczeniową na rzecz zmiany mentalności i naszego postrzegania tego co wspólne. Naszą wspólnotą było i jest: historia, przestrzeń, wolność i w dalszym znaczeniu, nurt kulturalny. Konsekwentną dyplomację nie buduje się ad hoc pod wpływem wydarzeń, czy dniami, ale latami. Dekadami za którą podąża ta sama strategia podparta tożsamością - opartą na jednolitej polityce historycznej. Taka winna być wizja dyplomacji idealnej.
W naszym polskim przypadku możemy tylko zbliżać się do tego ideału, jednak cały kłopot tkwi w tym, iż w zależności od zagadnienia, albo tego czasu już nie ma, albo jest go coraz mniej. Dodatkowo, nie tylko w mojej opinii, o czym pisałem tydzień temu, problemem jest dwoistość naszej rodzimej dyplomacji. Dopóki różne ośrodki władzy w Polsce, mają inne zdanie na ten sam temat, będziemy mieli wciąż niekończący się taniec problemów z Ukrainą, Niemcami, Białorusią i wielu innymi państwami.Pewnym wzorem może być konsekwencja wykazana w procesie uwolnienia Andrzeja Poczobuta. Ale to tylko jedna sprawa, zaś niektóre wymagają wieloletniego zaangażowania.
Jedna z nich stała się już naszą codziennością. Ukraina, nasz historyczny ból, powraca i będzie wracać jeszcze co najmniej przez jedno pokolenie. Czas jest nieubłagany. Jako społeczeństwa nie sięgamy pamięcią zwykle głębiej niż pamięć dziadków. Więc jako Polacy nie wypominamy Ukraińcom wydarzeń XVIII wieku, których jednym z krwawych wyników był wiernopoddańczy list Jerzego Chmielnickiego do cara Aleksego z 8 czerwca 1648 roku, mówiący o tym jak chętnie Kozacy zaporoscy staliby się poddanymi Moskwy. Pierwszy wielki błąd prapoczątków kijowskiej polityki historycznej.
"To nie tylko konflikt o interpretację historii. To także konflikt polityczny. Spory polityczne zazwyczaj da się rozstrzygnąć, ale ten jest zakorzeniony w tożsamości i godności. Ponieważ jest głęboko osadzony w tożsamości zbiorowej i narodowej, niełatwo go rozwiązać. Obecny spór nie dotyczy jedynie odmiennych interpretacji wydarzeń II wojny światowej. Z ukraińskiej perspektywy kluczowe pytanie brzmi, czy Ukraina ma prawo kształtować własną politykę pamięci i wybierać własnych bohaterów narodowych, a także czy może liczyć na zrozumienie ze strony Polski. Zmitologizowana historia pełni funkcję mobilizującą zarówno w społeczeństwie, jak i w walce z rosyjską agresją." - mówił dr Łukasz Adamski, dyrektor Centrum Mieroszewskiego dla "Kyiv Post".
"Pamiętajmy również, że Polska od dziesięcioleci wspiera suwerenność Ukrainy i jej integrację z Zachodem. To rodzi pewne oczekiwania w polskim społeczeństwie. Gdy te oczekiwania nie są spełnione, rodzi się poczucie niewdzięczności. Brak zrozumienia tych emocji – i próby ich zwalczania – tylko je potęgują. W rezultacie racjonalne głosy, zdolne dostrzegać odcienie szarości, są spychane na dalszy plan. (...) Ma to również inny wymiar. Wpłynie na postrzeganie Polaków na Ukrainie, a co ważniejsze, na postrzeganie Ukraińców w Polsce – w tym uchodźców, którzy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za ten spór i mieszkają tu od początku wojny. Wpłynie to również na współpracę między oboma państwami. Współpraca ta będzie kontynuowana, ale będzie obciążona tym konfliktem. To z kolei może mieć konsekwencje dla bezpieczeństwa." - zauważa dyrektor CM. To jest pierwszy wniosek, o którym chcę napisać. Drugi nasuwa się sam.
Publicysta "Europejskiej Prawdy", Jurij Panczenko, oskarża stronę polską, iż obecna sytuacja jest rezultatem złamania przez prezydenta Nawrockiego, niepisanego porozumienia z jego poprzednikiem. "W przeciwieństwie do Andrzeja Dudy, który szczerze starał się dojść do porozumienia z Ukrainą (choć na polskich warunkach), Nawrocki aktywnie posługiwał się narracją antyukraińską zarówno w trakcie kampanii wyborczej, jak i podczas pełnienia urzędu prezydenta. Jego zwycięstwo znacząco zmieniło nastrój w Sejmie. Już 4 czerwca 2025 roku – tuż po wyborach, ale przed inauguracją nowego prezydenta – Sejm niemal jednogłośnie przyjął uchwałę o ustanowieniu 11 lipca „Dniem Pamięci Polaków – Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Kresach Wschodnich”. A wkrótce po inauguracji Karol Nawrocki wniósł do Sejmu również tzw. „ustawę antybanderowską”, która miała wprowadzić odpowiedzialność karną za demonstrowanie symboli OUN-UPA, utożsamiając „banderyzm” z nazizmem i komunizmem. Posłowie byli jednak na tyle mądrzy, że nie poparli takiej inicjatywy." - napisał Panczenko.
Nie ma większego sensu wchodzić w ocenę tego tłumaczenia decyzji prezydenta Zełenskiego. Niemniej warto zauważyć, iż na tenj podstawie trudno doszukiwać się szans na skończenie tego wspólnego tańca do tonów muzyki skomponowanej poza naszymi granicami, trzy pokolenia temu. To czy samolot - tradycyjnie już obrażonego - prezydenta Ukrainy będzie odtąd startował z Kiszyniowa, a nie z Rzeszowa, nie ma najmniejszego znaczenia. Sytuację już wykorzystują politycy po obu stronach granicy.
"Jarosław Kaczyński już poprzedniemu prezydentowi Ukrainy o tym wyraźnie powiedział, że z takim dziedzictwem, czyli z banderą, do świata Zachodu nie wejdziecie. A oni przecież chcą do świata Zachodu, do NATO, do Unii Europejskiej i z tego powodu jest ta wojna, że Ukraina miała takie prozachodnie aspiracje, dlatego została zaatakowana przez Rosję. I dopóki Ukraina nie zrozumie, że jej marzenie o tym, żeby być w świecie Zachodu się nie ziści, choćby z powodu kultywowania takich postaci jak: Bandera, Melnyk, Szuchewycz, OUN czy UPA, dopóty niestety będzie poważny kłopot z tymi aspiracjami" – mówił Jarosław Sellin, były minister kultury.
Jednak moim zdaniem, takie postrzeganie może być krótkowzroczne ze strony warszawskich elit. Istnieje wszak inna możliwość. Jak wspomniałem tydzień temu, owszem, dla Ukrainy może być trudniej, ale nie zamknie to całkowicie jej drugi do Brukseli. Może się przecież zdarzyć, że w Kijowie przyjęto założenie iż dzięki wsparciu "wszechmocnego" Berlina, Ukraina wejdzie - w tej, czy innej formie - do UE. Polskie weto może więc postawić nas w niedawnej roli Węgier, z całym tego międzynarodowym odium. A to tylko jedna z rysujących się ewentualności.
"Ogólnie nasza energia powinna być skoncentrowana nie na walce z ukraińskim nacjonalizmem jako takim, a tym bardziej nie na walce z ukraińską ideą narodową, ale na jednoznacznym odrzuceniu kultu formacji i osób odpowiedzialnych za masowe zbrodnie na ludności cywilnej. Przede wszystkim chodzi o kult Romana Szuchewycza, bo to on wydawał zbrodnicze rozkazy, zaakceptował rzeź wołyńską i nakazał jej powtórzenie w Galicji. Te rozkazy się zachowały. Gloryfikacja ludobójców to de facto pochwała ludobójstwa. Naszym zadaniem jest przekonać partnerów w Europie do solidarności z Polską w wywieraniu presji na Kijów." - zauważa dr Adamski w innym wywiadzie.
Tak właśnie wygląda nasza polsko-ukraińska codzienność. W takiej atmosferze, trudno jest rozwijać poważne projekty, co zresztą nie dotyczy tylko relacji dwustronnych. Obserwujące nasze bójki państwa bałtyckie szukają stabilniejszych partnerów, zwłaszcza, że nasila się rosyjska akcja sabotażowo-dezinformacyjna. A przy tym wciąż żyjemy w nieprzychylnym nam środowisku.
"Wyobraźmy sobie, że w Saksonii wygrywa AfD i zaczyna budować, obok naszych granic, land prorosyjski. Dzieci w niemieckich szkołach uczą się rosyjskiego, jeżdżą na wymiany do Rosji, poprzez "kulturę" budowane są wpływy i rośnie nowe pokolenie Russlandversteherów. To realny scenariusz" - napisała Patrycja Anna Tepper z Instytutu Zachodniego, wskazując na obecność polityków tej partii na niedawnym forum w Petersburgu. Od siebie dodam, że obserwując eksklawę królewiecka, łatwo dostrzec, iż większość tamtejszych Rosjan niecierpliwie oczekuje powrotu do współpracy z Berlinem poprzez Bałtyk.
Dla konsekwentnej dyplomacji, nie zastygłej od lat 90 w nierozwijanej koncepcji Giedroycia-Mieroszewskiego, kwestia naszych relacji z Ukrainą byłaby już dawno przeszłością. Tymczasem mimo politycznych fluktuacji, trwa współpraca na poziomie oddolnych inicjatyw społecznych. Również polskie firmy, lub te z polskimi korzeniami, które pojawiają się na Ukrainie, wpisują się w ten nurt.
Kiedy wielka polityka zaczyna dotykać życia zwykłych obywateli, warto pamiętać o tym co działo się za każdym razem, kiedy ponosiły nas emocje. Ukraińcy - nie tylko politycy i eksperci - ale również społeczeństwo, sami powinni sobie odpowiedzieć, jak chcą rozwiązać ten węzeł. My za nich tego nie zrobimy.