geopolityka • gospodarka • społeczeństwo • kultura • historia • Białoruś • Estonia • Litwa • Łotwa • Mołdawia • Obwód Kaliningradzki • Ukraina • Trójmorze • Trójkąt Lubelski

Opinie Komentarze Analizy

Zdjęcie: Pixabay

Wojna bez końca - część druga

Michał Mistewicz

12-04-2022 09:30


Kończąc zaczęty w pierwszej części artykułu wątek literacki, nie sposób nie przypomnieć echa dawnego krytycznego podejścia do kwestii wolności, a więc w rosyjskim postrzeganiu określanym mianem okcydentalizmu - "zapadnictwa", a który wciąż występował i nadal występuje w rosyjskiej literaturze. Echa te szczególnie słychać było w ostatnich latach życia, tak doświadczonego przecież przez reżim sowiecki, Aleksandra Sołżenicyna. Niestety trudno uwierzyć w to, że nie dostrzegł w Putinie tego, co dojrzał jego niemal rówieśnik i także świadek komunistycznych prześladowań, Gustaw Herling-Grudziński.

"A najbardziej mi się nie podoba, kiedy widzę to, że zaczynają kochać Putina. On coraz bardziej im się podoba (...) widzę te typowe odruchy, które są dla mnie zmorą, ponieważ budzą wspomnienia przeszłości (…) Widzę tego błazna Tony Blaira, który obskakuje Putina, nie normalnie ściska rękę (…) tylko obskakuje go ze wszystkich możliwych stron, i patrzę na twarz Putina, który się uśmiecha z lekką ironią, słuszną zresztą. To jest déjà vu, przecież w końcu pamiętam historię. (...) Jednak upiory przeszłości powoli się budzą." - mówił polski literat na miesiąc przed śmiercią.

Sołżenicyn już na emigracji, wpadł w klasyczne niemal, utarte tory rosyjskiego postrzegania świata: panslawizmu, wartości prawosławia i roli Rosji, tak jasno wyrażonych przez wielu jego poprzedników. Jednak dla oddania głosu sprawiedliwości warto tutaj przytoczyć słowa filologa prof. Grzegorza Przebindy z UJ.

"Chciałbym to dobitnie podkreślić: Sołżenicyn zawsze, aż do ostatnich chwil sądził, że jego kraj, dla szczęścia własnego i sąsiadów, bliższych i dalszych, winien nieodwołalnie zrezygnować z praktyki oraz idei imperialnej. Wyrażał to wielokrotnie za czasów Związku Sowieckiego, choć potem – skoro imperium w 1991 roku, jak sądził, upadło – nie widział potrzeby walki z nim. Za swoją ostatnią misję uznał natomiast wyciągnięcie Rosji z tych nieszczęść i tragedii, jakie ją spotkały – co bez przerwy powtarzał – za prezydentury Borysa Jelcyna. Mógł się oczywiście mylić, gdy z kolei Władimira Putina uważał za tego, który tylko naprawia błędy poprzednika, i przypisywał mu na wyrost skłonności demokratyczne. Nigdzie jednak nie pochwalił go za zapędy autokratyczne i chęć odbudowy imperium… Twierdził, może naiwnie, że należy poczekać z oceną Putina – demokracji nie buduje się bowiem w ciągu kilku lat." - stwierdził prof. Przebinda, dodając jednak, że pisarz nie chciał się tylko pogodzić z obecnością Ukrainy w NATO. Trzeba także wspomnieć, że pisarz odmawiał Ukraińcom posiadania własnej tożsamości narodowej.

I w tym rzecz: idea imperialna Rosji jest dość wybiórczo postrzegana, zwłaszcza w krajach Europy Zachodniej. A przecież kwestia wolności tak ludzi, jak i narodów, jest największą zmorą Rosji, o czym w "Hymnie (Bogarodzica! Dziewico!)" wspomina wieszcz Juliusz Słowacki. I niestety, ale przez wieki kontaktów z Rosją i Rosjanami, nie sposób nie wysnuć wniosku, że jako Polacy dostrzegliśmy, że Rosjanie wciąż mentalnie nie wydobyli się z okowów mongolskiej niewoli. A jeżeli nawet do tego dochodzi, to wciąż dotyczy to pojedynczych przypadków, a nie społeczeństwa. Klęska w bitwie nad rzeką Kałką i to co po niej nastąpiło, trwale wpisało się w pojęcie ukorzenia przed władcą i jego władzą - wtedy chana, potem cara, dalej sekretarza, a teraz kolejnego władcy Kremla.

"Rosja zawsze była terytorium, na którym panował brak wolności. W całej swojej historii była więzieniem dla narodów, nieskażonym wolnością krajem niewolników i panów, a nie wolnych ludzi." - zauważa ukraiński pisarz Jan Waletow.

I do tego społeczeństwa chcę się teraz odnieść. Z ciekawością śledziliśmy w redakcji przebieg akcji "Call Russia" - pomysłu litewskich wolontariuszy dotyczącej uświadamiania Rosjan za pomocą rozmowy telefonicznej o prawdziwym charakterze "operacji specjalnej na Ukrainie", jak to nazwano na Kremlu. I niestety stało się to co stać się, w naszej ocenie, musiało: prócz tego, że najczęstszą odpowiedzią rosyjskich rozmówców były zwroty "do polityki się nie mieszam" lub "codziennie gdzieś giną ludzie", mimo wykonanych setek tysięcy rozmów, nie uzyskano wymiernych efektów.

Jedyny efekt widać w wynikach badań społecznych. Według najnowszych badań niezależnego rosyjskiego ośrodka Centrum Lewady, w marcu znacząco wzrosło poparcie społeczne dla działań Władimira Putina, które aprobuje obecnie niemal 83 procent Rosjan. Wzrósł także znacznie odsetek obywateli Rosji, którzy uważają, że sprawy w kraju idą we właściwym kierunku. Co ciekawe, zbliżone wyniki podaje już prokremlowskie Ogólnorosyjskie Centrum Badania Opinii Publicznej (WCIOM), według których 74% Rosjan popiera decyzję o rozpoczęciu wojny (w pierwotnym źródle wojna z Ukrainą nazywana jest „specjalną operacją wojskową”), 17% nie popiera wojny, a co dziesiąty nie potrafił odpowiedzieć (9%).

I tutaj także warto zauważyć inne wyniki badania, według których większość Rosjan uważa, że ​​przeciwko Rosji toczy się wojna informacyjna (90%), a ponad połowa badanych stwierdziła, że ​​widziała materiał „ukazujący działania Rosji na Ukrainie w negatywnym świetle”, a 41% stwierdziło, że był on bardziej fałszywy. 39% nie widziało takich materiałów i nie odpowiedziało na pytanie o ich prawdziwość. I tutaj dochodzimy do pewnej konkluzji. Otóż akcje takie jak "Call Russia", mimo ich jasnych przesłanek nie mogą odnieść sukcesu. Gdyż dotykają tego co wciąż w Rosjanach jest żywym dowodem "niespodzianki ustrojowej". Rozum takiego przedstawiciela "Homo sovieticus", gatunku który wcale nie wyginął, przyjmuje, że dzieje się coś złego, ale "lepiej się w to nie mieszać, bo władza wie lepiej, a w ogóle to biją naszych".

Kolejne informacje, w tym wyniki sondaży, pokazują, że Rosjanie w dużej części popierają działania wojenne Rosji przeciwko Ukrainie. Niektórzy wręcz manifestują poparcie dla wojny. Mówienie, że „to wojna Putina” zaciemnia obraz” – napisał na Twitterze rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych Stanisław Żaryn. Przy tym walka z coraz bardziej aktywną rosyjską propagandą, staje się kolejnym polem walki dla wartości zachodnich, które są dla rosyjskiego społeczeństwa, jako ogółu, pojęciem diametralnie odległym i wrogim.

"W gruncie rzeczy Putin i popierający go liczni prawicowi rosyjscy urzędnicy, elity i uczeni nie tylko nie chcą być częścią Zachodu i jego powojennego liberalnego systemu wartości, ale wierzą, że przeznaczeniem ich kraju jest bycie przed nim bastionem wielkiego mocarstwa. Nawet jeśli Putin zostanie w jakiś sposób odsunięty od władzy, generałowie i mandaryni bezpieczeństwa, którzy go otaczają, są tak samo zainteresowani jego agresją jak on sam." - napisał Michael Hirsch na łamach "Foreign Policy", dodając we wniosku, że gdyby Rosja przyjęła zachodnie demokratyczne wartości, "Rosja prawdopodobnie by się rozpadła".

Tak to wygląda w ogólnym pojęciu, który dotyczy większości społeczeństwa. Jak zwykle w przypadku Rosji, im większa świadomość jednostki, tym zdanie zapewne jest inne, jednak na to Putin zareagował dość wcześnie, wprowadzając zakaz rozpowszechniania "fałszywych informacji", będący de facto cenzurą, a co także ma pewien wpływ na wyniki sondaży.

I tak od społeczeństwa doszliśmy do warstwy symboli. Gdyż tak się składa, że zwłaszcza w naszej części regionu, symbolika jest wartością nie tyle samą w sobie, ale jest elementem "wygrawerowanym w głowie" - jak to określił łotewski socjolog z Uniwersytetu Łotewskiego Mārtiņš Kaprāns.

Jednym z elementów symboliki rosyjskiej są wciąż istniejące w państwach byłego ZSRR pomniki. Od momentu ataku Rosji na Ukrainę, na Łotwie wznowiła się dyskusja na temat usunięcia z Rygi, pomnika "Wyzwolicielom radzieckiej Łotwy i Rygi od hitlerowskich najeźdźców". Pomijając już kwestie prawne porozumień dyplomatycznych, najwyraźniej co innego powstrzymuje łotewskie władze przed finalizacją rozbiórki. Posłanka Krista Baumane, zwróciła uwagę w Komisji Spraw Zagranicznych Saeimy, że manipulacje przy pomniku zwiększą napięcia w społeczeństwie. "To usunięcie w żaden sposób nie rozwiązuje problemu, że Łotwa ma różne wspomnienia, różne postrzeganie historii, ale praktyczne konsekwencje są o wiele bardziej dalekosiężne dla naszych stosunków etnicznych tutaj na Łotwie" - powiedział wspominany wyżej Kaprāns.

Problem z symbolami rosyjskimi, tak dotyczącymi aktualnej wojny, a więc "Z" i "V", wywołuje jednak znacznie mniej dyskusji, niż zakaz używania wstążki św. Jerzego - wstążki z pasami czarno-pomarańczowymi, będącymi barwami Orderu i Krzyża św. Jerzego - jednego z najwyższych rosyjskich odznaczeń wojskowych. "W XIX wieku, pod barwami tej wstęgi rosyjskiego militaryzmu, dziesiątki narodów zostało wykrwawionych i zagarniętych siłą przez imperium carskie, a następnie wynarodowionych i zrusyfikowanych.. Jak na ironię, podczas II wojny światowej wstążka ta była powszechnie używana przez rosyjską kolaboracyjną armię Własowa, która walczyła po stronie nazistowskich Niemiec przeciwko armii radzieckiej." - napisał mołdawski historyk i publicysta Anatol Țăranu.

"W pełni zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa rosyjskiej imperialistycznej propagandy, Ukraina w 2014 r., po aneksji Krymu przez Rosję, zakazała używania wstążki św. Jerzego jako symbolu kojarzonego z prorosyjskimi separatystami, natomiast władze ukraińskie postanowiły świętować Dzień Zwycięstwa 9 maja, używając symbolu Czerwonego Maku.(...)W związku z tym zamiar wprowadzenia przez mołdawski parlament zakazu publicznego używania symboli wojennych, takich jak litera "Z" czy kontrowersyjna wstążka św. Jerzego, jest zarówno aktualny, jak i spóźniony. Fakt, że władze Mołdawii zwlekają z oficjalną oceną wyników II wojny światowej zgodnie z interesem narodowym państwa mołdawskiego, a zwłaszcza z historycznym znaczeniem dnia 9 maja, sprawia, że społeczeństwo mołdawskie nadal jest zakładnikiem wypaczonego postrzegania tych wydarzeń przez Moskwę." - zauważa mołdawski historyk, którego konkluzje powtarzają się we wszystkich niemal krajach obecnie zagrożonych przez Rosję.

Bo wbrew pozorom, także Polskę dotyczy sprawa tego pomijanego w naszych mediach tematu. Dlaczego? Bo i owszem wśród odznaczonych tym rosyjskim orderem  znajdziemy także zasłużonych Polaków, walczących jeszcze przed odzyskaniem Niepodległości w rosyjskich szeregach, takich jak generałowie Stefan Mokrzecki, Zygmunt Podhorski, Jerzy Wołkowicki czy nawet sam Władysław Anders.

Ale takie same barwy miała pewna odmiana Orderu św. Jerzego: Krzyż za zdobycie warszawskiej Pragi w 1794 roku, ustanowiony przez carycę Katarzynę II. A przypomnijmy, że po przełamaniu oporu obrońców tej dzielnicy Warszawy 4 listopada 1794 roku, Rosjanie dokonali masakry ludności cywilnej. W wyniku kilkugodzinnej fali mordów życie straciło według szacunków od 5-6 do nawet 20 tysięcy ludzi. To tylko mały odłamek historii, który znów nabiera znaczenia w odbiorze współczesności, gdy widzimy obrazy ciał cywili leżących na ulicach podkijowskiej Buczy i innych miejscowości, w których usiłowano zaprowadzić "Ruski mir".

Jednak warstwy religii, kultury, świadomości społecznej czy symboli nie są jedynymi wskaźnikami różnic i trudności, które stoją przed nami, gdy chcemy w tak szybki sposób ocenić naszego przeciwnika. O kolejnych czynnikach, teraz już zewnętrznych, chcę napisać w następnej części cyklu.


opr. wł.
Jeżeli chcecie Państwo wesprzeć naszą pracę, zapraszamy do skorzystania z odnośnika:

Informacje

Redaktor zarządzający: Michał Mistewicz
wykop.pl
Twitter
Facebook
redakcja [[]] czaswschodni.pl
©czaswschodni.pl 2021