geopolityka • gospodarka • społeczeństwo • kultura • historia • Białoruś • Estonia • Litwa • Łotwa • Mołdawia • Obwód Kaliningradzki • Ukraina • Trójmorze • Trójkąt Lubelski

Opinie Komentarze Analizy

Zdjęcie: The Times

Na Wschodzie wciąż zmiany

Michał Mistewicz

23-11-2021 09:50


Tym razem inspiracją tego artykułu stała się infografika, która pojawiła się w The Times w minionym tygodniu, a przedstawiała wydarzenia ostatnich miesięcy na "froncie wschodnim" NATO, a tytuł tej grafiki nawiązywała do głośnej swego czasu powieści antywojennej Ericha Marii Remarque'a "Na Zachodzie bez zmian".

Tytułem wstępu należy przypomnieć, że podczas I wojny światowej Front Wschodni - w porównaniu od Frontu Zachodniego, który utknął w okopach - był, z pewnymi przerwami, wojną manewrową, gdzie ofensywy i bitwy toczyły się m.in. na dużych przestrzeniach ówczesnego Imperium Rosyjskiego.

"Atak najbardziej odpowiada duchowi wojny, jej celem bowiem jest narzucenie swej woli przeciwnikowi przez zniszczenie jego siły, a drogą do tego jest walka. Kto więc chce osiągnąć cel wojny, musi - jeśli się nie liczy z przypadkami - dążyć do walki, walkę musi narzucić przeciwnikowi." - pisał generał Conrad von Hötzendorf, szef sztabu armii austro-węgierskiej w latach 1914 - 1917.

"Zasadniczym sposobem osiągania celów wojny i operacji staje się bezkontaktowe oddziaływanie na przeciwnika. Uderzenie na obiekty jest realizowane na całej głębokości terytorium przeciwnika. Celem operacji nie jest już fizyczne unicestwienie przeciwnika poprzez zadanie strat i zniszczeń, a pozbawienie go woli walki.(...) O skuteczności własnych działań decyduje możliwość utrzymania kontroli sytuacji oraz swobody manewru zasadniczej części potencjału pozostającego w odwodzie. W rezultacie bezpośrednia agresja i podbój zastępowane są wymuszeniem." - tak o najnowszej odsłonie rosyjskiej sztuki operacyjnej napisali Marek Depczyński i Leszek Elak. Autorzy ci wskazują także, że w rosyjskiej doktrynie o powodzeniu operacji decydują utrzymanie przewagi informacyjnej oraz efektywne wykorzystanie zaawansowanych systemów rażenia dużego zasięgu. Należy te słowa mieć w pamięci tak oceniając niedawne, jak i przyszłe wydarzenia na wschodniej flance NATO.

Ostatnie dni przyniosły kolejny, podobnie jak to było wiosną, napływ informacji o rosnącej liczbie sił rosyjskich na granicy z Ukrainą. W takich tytułach, jak Bloomberg, Foreign Affairs, Politico czy Military Times, a także polskiej przestrzeni informacyjnej pojawiły się artykuły o szczegółach koncentracji wojsk rosyjskich, możliwych kierunkach ataku na Ukrainę, powodach takich, a nie innych możliwych decyzji Putina. I niestety, należy to podkreślić, te obawy są jak najbardziej uzasadnione, w tym także, oceniając dotychczasowe działania samego prowodyra tego napięcia, czyli Władimira Putina. Zresztą oceniając te działanie jako przygotowanie do zapowiadanego na grudzień spotkania Biden - Putin, można jedynie oczekiwać najprawdopodobniej tylko słownej retoryki w tej sprawie. Natomiast jeżeli podczas tego spotkania Biden przedstawi Putinowi Ukrainę "jako drugorzędny cel na drugorzędnym kierunku zainteresowań", jak to napisał pewien autor, to dla nas wszystkich będzie to bardzo zła wiadomość, gdyż przyszłość Polski i naszego regionu może się wtedy rozstrzygnąć na stepach Ukrainy.

W najbardziej stonowanym komentarzu estońskiego think-tanku ICDS, jego autorzy napisali: "Pierwszym i jak dotąd najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest to, że Putin próbuje naciskać na Zachód w sprawie rozpoczęcia rozmów i złagodzenia swojego stanowiska (rezygnacja z sankcji, uznanie wyłącznych interesów Rosji w jej „bliskiej zagranicy” i powrót do „normalności”). Próbuje tego od okupacji Krymu i wybuchu wojny w Donbasie, ale bez skutku. Ale teraz podejście jest bardziej wieloaspektowe i asertywne: jednocześnie konstruuje kryzys humanitarny u progu Europy („Chcesz, aby wszyscy ci biedni ludzie cierpieli i umierali?”), mający na celu wywołanie wewnętrznych tarć między państwami członkowskimi i w ich obrębie. Powyższy modus operandi – stworzenie poważnego kryzysu, a następnie zaoferowanie pomocy w jego rozwiązaniu – to klasyczna sztuczka w kremlowskim podręczniku przymusu strategicznego. ".

I równocześnie autorzy ostrzegają: "Nadzieja nie jest metodą planowania awaryjnego, a Rosja nie jest milutkim pluszowym misiem, którego należy przytulać w trudnych czasach, licząc na to, że jej życzliwość przywróci nas do normalności. Kreml uważa, że ​​jest już w stanie wojny (na różne sposoby) z Zachodem. Jedynym więc sposobem na powstrzymanie rosyjskiej agresji na Europę i odstraszenie jej w przyszłości jest obnażenie zębów własnym bestiom. Zarówno NATO, jak i UE muszą teraz pokazać swoją wartość jako zsynchronizowany „twardy tandem” w obliczu ostrych zimowych wiatrów ze wschodu, w przeciwnym razie wiosna może nigdy nie nadejść".

Nawoływanie do jedności w obliczu takiego zagrożenia jest jedynym rozsądnym rozwiązaniem, jednak, jak udowodniły to wydarzenia minionego tygodnia, wydaje się, że Putin osiąga powoli swój cel. Dramatyczną słabość „jedności” UE, którą zauważają już nie tylko eksperci, wykazały rozmowy Merkel i Borella z tandemem Putin-Łukaszenka. Problem polega na tym, że z punktu widzenia obserwatora tak Merkel, jak i Borell jechali na dwóch różnych rowerach, dwiema różnymi drogami.

Kolejny dramat to także liczba polityków i ekspertów, która uwierzyła w rzekome Putina „grożenie palcem” Łukaszence tak w kwestii odcięcia gazu do UE, czy „wymuszenia” rozmów z opozycją białoruską. Nic takiego nie ma miejsca – Putin nawet nie przepadając za Łukaszenką, wie, że ten ostatni jest obecnie przydatnym narzędziem, co nie wyklucza, że w innym czasie to narzędzie stanie się zbędne. W tym miejscu, więc kolejny raz należy przypomnieć o wektorze czasu w toczących się wydarzeniach. W rosyjskim ujęciu doktryny wszystko ma swój czas i miejsce. Nie oznacza to jednocześnie, że nad wszystkim Rosja ma kontrolę, choć tak się Kremlowi najwyraźniej wydaje. Natomiast jeśli chodzi o kryzys migracyjny, to jak napisał Grzegorz Kuczyński „Warto pamiętać, że Łukaszenka groził "wojną migracyjną" Zachodowi już w 2012 roku”, czego dowodzi wywiad z Łukaszenką z końca listopada 2012 roku przeprowadzonego przez Reuters.

No i tutaj nie sposób nie przypomnieć niedawnego wywiadu BBC przeprowadzonego z Łukaszenką - kolejny przejaw nieprawdopodobnej na pierwszy rzut oka, ignorancji zachodnich „elit” w kwestii pojmowania przestrzeni postsowieckiej, a po bliższym przyjrzeniu się, łatwego dojrzenia znaczenia sowieckiego zastrzyku marksistowskiej ideologii w krajach zachodnich dokonanego po 1968 roku i tym samym otrzymaniu dzisiaj sprawnie działającego narzędzia propagandowego w rękach Kremla.

Na chwilę zwróćmy naszą uwagę na południe, gdyż chcę zainteresować Czytelników innym kierunkiem działania m.in. Rosji, który na tę chwilę jest mniej istotny, to jednak w nieodległym czasie może mieć znaczenie także dla Polski, jak i ogólnego układu sił w regionie. Jednocześnie jest to przykład co się dzieje, gdy w jednej części świata spada siła głównego suwerena. Na początku sierpnia, Paul Goble na łamach Fundacji Jamestown, napisał artykuł na temat rosnących wpływów Turcji wśród tureckiej mniejszości etnicznej Gagauzów w Mołdawii. „Od 1991 roku Moskwa postrzega 125-tysięczną chrześcijańską turecką mniejszość Gagauzów w Mołdawii jako użyteczne narzędzie do ograniczenia zbliżenia między Kiszyniowem a Bukaresztem, a także do wykolejenia wszelkich posunięć Mołdawii w kierunku Unii Europejskiej i NATO.” – pisał Paul Goble. W jego ocenie Rosja stara się przeciwdziałać tureckim wpływom wśród Gagauzów wielotorowo: od przywoływania nie najlepszych doświadczeń historycznych Gagauzów w Imperium Osmańskim, poprzez problemy pandemiczne i wskazywanie na Rosję, jako środka stabilizującego sytuację, a na szerokiej promocji propagandowej wizyty baszkuna (przywódcy Gagauzów) w Moskwie, kończąc.

Tak więc niemal niezauważona została wizyta w Mołdawii, ministra spraw zagranicznych Turcji Mevlüta Çavuşoğlu. Turecki minister wraz ze swoim mołdawskim odpowiednikiem Nicu Popescu, podpisali w Kiszyniowie plan konsultacji ministerstw spraw zagranicznych obu państw na lata 2022 – 2023. Według Nicu Popescu, plan zawiera konkretny program działań dla tych, którzy są odpowiedzialni za dialog polityczny, konsularny, a także za komunikację i dyplomację publiczną pomiędzy dwoma ministerstwami. Powstaje zatem pytanie czy tak mało istotny dokument rzeczywiście wymagał, aż wizyty ministra spraw zagranicznych?

Odpowiadając na to pytanie można wskazać dwa punkty tej wizyty: pierwszą jest przywołanie przez ministra Çavuşoğlu przykładu autonomicznego regionu Gagauzji, jako „mostu przyjaźni” między oboma państwami - w świetle powyższej analizy przekaz jest dość jasny. A drugi, który został tylko wspomniany przez ministra Popescu, jako o "możliwości rozszerzenia umów handlowych", a o którym już nie przeczytamy w oficjalnym oświadczeniu to informacja podana wczoraj: Turcja zakończyła prace inżynieryjne na polu gazowym Sakaria u czarnomorskich wybrzeży Turcji i wiosną przyszłego roku ma zacząć się budowa nowego gazociągu.

Jeszcze w 2020 roku, eksperci informowali, że dzięki tylko temu jednemu miejscu wydobycia gazu, Turcja stanie się eksporterem gazu w rejonie Morza Czarnego, tym samym zagrażając monopolowi Gazpromu. W powiązaniu z ostatnimi kłopotami Mołdawii z rosyjskim gazem, wizyta ministra tureckiego zapewne mogła przynieść nowe propozycje dywersyfikacji gazowej. I niejakim potwierdzeniem dla tegp przypuszczenia, które także prawidłowo odczytano w Moskwie jest wczorajsza nagłośniona decyzja Gazpromu o ponownym odcięciu dostaw gazu do Mołdawii tłumacząc to brakiem wpłat za gaz.

Zresztą to działanie jak zwykle w przypadku Rosji jest dwojakiego rodzaju i może także odnosić się do słów prezydent Mołdawii wypowiedzianych podczas zeszłotygodniowej konferencji prasowej. „W sprawie Naddniestrza nieustannie negocjujemy. Mamy różne opinie, ale musimy kontynuować dialog. Nie ma innego rozwiązania tego problemu, niż dialog” – powiedziała prezydent Mołdawii. Odpowiadając także na pytanie o oczekiwania związane z wyborami na szefa Naddniestrza, które odbędą się 12 grudnia, Sandu zauważyła, że władze mołdawskie nie uznają tych wyborów. „Uważamy te wybory za nielegalne, więc nie mamy żadnych oczekiwań co do wyników” – mówiła prezydent Sandu.

Niewątpliwie powracamy tym samym do dawnego podziału stref wpływów w tej części Europy. I nie mam tu wcale na myśli podziału stref dokonanych po 1945 roku, ale dużo starszej epoki. Dość przypomnieć, że Mołdawia była od XV wieku strefą tarcia pomiędzy wpływami Polski, Węgier, Turcji, jak i później Rosji. A dzisiaj znów otrzymujemy stamtąd kolejną praktyczną lekcję geopolityki, co należy docenić i odpowiednio brać pod uwagę.

Wracając na nasze podwórko – należy także pochwalić niedzielną ekspresową wizytę premiera Morawieckiego w państwach bałtyckich, jakiekolwiek miałyby być jej bezpośrednie powody. Ożywianie wspólnych kontaktów, powinno być postrzegane jak wizyty dobrych sąsiadów w obrębie jednego budynku. Możemy mieszkać na różnych piętrach, mieć inne meble w mieszkaniach, wyznawać inną religię, a nawet mówić innymi językami, ale ten dom jest jeden. Zbudowali go nasi przodkowie, dali nam tym przykład co jest ważne dla utrzymania wolności i niezależności w tym jakże trudnym miejscu Europy. A sięgając dalej w przeszłość, warto przypomnieć słowa Horacego „Tua res agitur, paries cum proximus ardet” – o Ciebie chodzi, gdy płonie dom sąsiada.


opr. wł.

Komentarze (0)


Zostaw komentarz


Informacje

Redaktor zarządzający: Michał Mistewicz
wykop.pl
Twitter
Facebook
redakcja [[]] czaswschodni.pl
©czaswschodni.pl 2021