Opinie Komentarze Analizy

Kieliszek brandy

Zdjęcie: Pixabay

Kieliszek brandy

Michał Mistewicz

20-01-2026 09:30

Jak w minionym tygodniu doniosło "Politico", szefowa europejskiej dyplomacji i była premier Estonii, Kaia Kallas, na zamkniętym spotkaniu z europosłami w Brukseli powiedziała, że patrząc na to co dzieje się na świecie, jest to "dobry moment, aby zacząć pić".  Przypomnę, że chodzi o spotkanie polityków, elitarną warstwą społeczną, najlepiej (podobno) zorientowaną i chronioną, a w ten czy inny sposób wpływającą na losy milionów Europejczyków. Czy ma to być kieliszek brandy Benjamina Guggenheima? Warto zastanowić się, jaki przekaz otrzymuje zwykły obywatel naszej przestrzeni, odczuwający przecież największe skutki światowej i europejskiej polityki.

W odczuciu szarego obywatela, słabość Europy to nie tylko biurokracja i kodyfikacja wszystkiego co tylko możliwe, czy ostatnio powszechnie krytykowana umowa Mercosur, zaś na niwie dyplomatycznej chwiejna postawa wobec wsparcia dla Ukrainy. Przejawami słabości są również bezradne sny i marzenia o samowystarczalności gospodarczej i wojskowej. Wciąż brak realnego zrozumienia, że bez wycofania się z błędnej polityki przemysłowej, nie można osiągnąć zakładanych celów ekonomicznych. Nadal kontrowersje wzbudza sprawa migracji.

Natomiast pod względem wojskowym, nie w tym rzecz, aby przytaczać tradycyjne wyliczanki, jak te, że kilka okrętów US Navy ma większą siłę rażenia niż kilka europejskich mocarstw razem wziętych. Gdyż od tego znacznie ważniejsze są inne pojęcia, jak chęć obywateli do obrony. Ostatnie lata dostatecznie pokazały, że - pomijajać aspekt wpływów - biegając w klapkach, a mając wolę walki, można pokonać armie o wiele lepiej uzbrojone, a nawet wyszkolone. Nawet jeśli cena jest znacznie wyższa od obecnie rozważanych na europejskich salonach.

W takim kontekście to fakty, a nie tysiące stron analiz, zaczynają mówić same za siebie. Instytut Monitorowania Mediów zauważa, że Polexit znowu pojawił się w krajowej debacie publicznej.

"W politycznym krajobrazie Polski dominuje obecnie konflikt między rządem Donalda Tuska, stawiającym na relacje z Brukselą, a prezydentem Karolem Nawrockim i skupionymi wokół niego środowiskami prawicowymi, które kładą nacisk na suwerenność oraz nadrzędność polskiej konstytucji. Krytycy prezydenta zarzucają mu sabotaż państwa i celowe dążenie do konfliktu z UE, określając je mianem „miękkiego Polexitu”. Zwolennicy rządu Tuska są natomiast oskarżani o całkowitą uległość wobec UE kosztem interesów narodowych. Wiele wpisów prognozuje, że wybory parlamentarne w 2027 roku staną się faktycznym referendum polexitowym, decydującym o miejscu Polski na mapie Europy przez kolejne dekady." - podaję ten cytat nie po to, aby ten temat dalej rozwijać, ale po to, by pokazać problem, którego źródło tkwi nad Senne, a nie nad Wisłą.

Miniony tydzień świetnie dopisał własny akapit do ubiegłotygodniowego komentarza tygodnia. Zaledwie jeden cytat z dłuższego wywiadu prezydent Mołdawii Mai Sandu, dotyczący opinii na temat zjednoczenia kraju z Rumunią, odbił się szerokim echem w mediach regionu. Tutaj zgadzam się z opinią Mihaila Isaca, mołdawskiego analityka, który zauważa, że wypowiedź prezydent Sandu była skierowana do kluczowych ośrodków decyzyjnych Zachodu.

"W ten sposób, jak podkreśla Isac, Maia Sandu dała jasno do zrozumienia, że „Mołdawia nie chce pozostać szarą strefą”. Ważnym tłem tej wypowiedzi pozostaje integracja europejska, postrzegana jako cel znacznie bardziej realistyczny i cieszący się szerszym poparciem społecznym. W tym kontekście słowa prezydent mogą być odczytywane „także jako symboliczna presja na przyspieszenie procesu integracji europejskiej”, w tym jako sygnał, by nie traktować Mołdawii „w pakiecie” z innymi sprawami regionalnymi. „To wyraźny sygnał wysłany do Brukseli właśnie w takim duchu.” – czytamy wypowiedź eksperta.

Z tych opinii wynika kilka wniosków. Pierwsza to możliwość, że władze Mołdawii otrzymały sygnały o spowolnieniu procesu integracyjnego. A przypomnijmy, że w tej chwili Mołdawia nieco wyprzedza Ukrainę w negocjacjach, co już spowodowało reakcje dyplomatyczne w Kijowie. Druga to fakt, że rzeczywiście ten kraj, nie chce być wrzucony "do jednego worka" z problemami Ukrainy. Niemniej, pod względem geopolitycznym to wciąż ten sam temat. Zatem Mołdawia pokazuje, że ma - teoretyczny - plan B. Skorzystać z możliwości, której nie ma Ukraina. Na fali promocji jedności językowej, kulturalnej, gospodarczej - co zresztą już się powoli dzieje - i wejść do UE "bocznym wejściem". I to nic, że obecnie większość Mołdawian jest przeciwna takiemu rozwiązaniu. Umiejętne przedstawienie alternatyw może szybko tę szalę przeważyć.

"Rzeczywistość geopolityczna jest bezlitosna: Mołdawia to sztuczne państwo, z trudem utrzymywane między dwoma ośrodkami cywilizacyjnymi. Bez znacznych zasobów naturalnych, bez wiarygodnej armii, z gospodarką uzależnioną od przekazów pieniężnych i eksportu produktów rolnych, ze słabymi instytucjami i wszechobecną korupcją, państwo mołdawskie funkcjonuje w perspektywie krótkoterminowej, a nie długoterminowej. (...) Unia z Rumunią to nie tylko opcja sentymentalna czy tożsamościowa. W obecnych warunkach jest to jedyne rozwiązanie oferujące Mołdawii realne gwarancje bezpieczeństwa i długoterminową stabilność. Rumunia jest państwem członkowskim NATO i UE. Unia oznaczałaby natychmiastową ochronę militarną, skuteczną integrację gospodarczą, funkcjonalne instytucje i zniknięcie luk, które sprawiają, że Mołdawia jest stałym celem presji zewnętrznych." - zauważa Anatol Taranu, były dyplomata i publicysta.

Według Taranu, aby zjednoczenie Mołdawii z Rumunią mogło stać się realne, potrzebny jest znacznie bardziej konkretny projekt polityczny niż same deklaracje prezydent – wymaga on spójnego przywództwa, które potrafi stworzyć jasną wizję unii, zmobilizować społeczne poparcie i przygotować odpowiednią infrastrukturę instytucjonalną oraz dyplomatyczną. Bez takiej koordynacji zjednoczenie pozostanie jedynie osobistą deklaracją i politycznym marzeniem. Warto dostrzec takie wnioski myśląc, nie tylko w kategoriach federacyjnych.

Wracając jednak do bliższej nam przestrzeni, miniony tydzień upłynął również na wyraźnych gestach wsparcia Warszawy dla białoruskiej opozycji demokratycznej. Owszem, tworu obecnie słabego, do końca niejednoznacznego, i podobnie jak polskie środowiska emigracyjne w Londynie w epoce komunistycznej niewoli, podzielonego i popełniającego błędy, w tym osobowe. Tym niemniej - stałe i niezmienne - polskie wsparcie dla ZGP, reprezentowanego przez Swiatłanę Cichanouską, mającego wyraźne poparcie Białoruskiej Rady Ludowej, najstarszego ośrodka emigracji - jest naszym "must have" w polityce wobec Białorusi.

Już wspominałem, że Polska stała się dla wolnych Białorusinów zapleczem swojego państwa, które - podobnie jak my przez 123 lata niewoli - noszą w sobie. W tym kontekście nietrudno zauważyć, że Niemcy również dostrzegły swoją szansę wpływu na to środowisko. Miesiąc temu napisałem, że Niemcy zapewne wykorzystają tzw. grupę Wiktara Babaryki do swoich celów. Zgodnie z tym, ze względu na słaby odbiór przez emigrantów uwolnionego Babaryki, Niemcy postawili na Marię Kalesnikawę, z którą spotkał się prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier - dwa dni po spotkaniu noworocznym prezydenta Nawrockiego z białoruską diasporą w Warszawie.

Cały kłopot Berlina polega jednak na tym, że świeżo uwolnieni z więzień, są de facto nadal niewolnikami, a raczej przekaźnikami woli swojego oprawcy. Babaryka poprzez uwięzionego na Białorusi syna, a Kalesnikawa, z powodu pozostałej rodziny na Białorusi, w tym ojca. I niestety widać to od razu, nie tylko oceniając fatalne wypowiedzi obojga w czasie pierwszej konferencji prasowej. W wywiadzie dla Financial Times, była więźniarka powiedziała, że dziwi się, że UE nie rozpoczęła negocjacji jako pierwsza - przed USA - z Łukaszenką. Co więcej, wypowiedzi Kalesnikawej, są niemal wyjęte z podręcznika aktualnej wykładni propagandy reżimu. Stwierdziła, że UE ryzykuje, że Białoruś jeszcze bardziej zbliży się do Moskwy, jeśli będzie kontynuować swoją izolacjonistyczną politykę.

Łukaszenka jest człowiekiem pragmatycznym. Rozumie język biznesu. Jeśli jest gotów podjąć kroki humanitarne w odpowiedzi na złagodzenie sankcji, w tym uwolnić więźniów i wpuścić na Białoruś niezależne media i organizacje pozarządowe, to trzeba o tym porozmawiać” - powiedziała była szefowa komitetu wyborczego Babaryki. I co można było przeczytać chwilę później w mediach reżimu?

"Nie chcemy być jakąś linią podziału; chcemy być mostem między Wschodem a Zachodem, tak jak zawsze byliśmy. Ale nie ma potrzeby nas dzielić. Już teraz trudno nas rozdzielić. Jeśli chodzi o obronę, my i Rosja stanowimy jedność i nie ma sensu patrzeć na nas oddzielnie – Białoruś, Rosję – w żadną stronę. Niektórzy mogą chcieć, ale to się nie stanie. Jesteśmy gotowi bronić naszych interesów. A Bóg zawsze nam pomoże ” – stwierdził Łukaszenka. Podkreślenie pozornej wyjątkowości i zachęcenia do rozmowy, przy zaznaczeniu przez wasala władzy suwerena.

Dla Berlina środowisko Babaryki może być więc punktem wyjścia do realizacji swoich interesów w naszej przestrzeni, jak i relacjami z Kremlem, korzystając zapewne z więziennej legendy niedawno uwolnionych. Zresztą sam wywiad Kalesnikawej spotkał się z krytyką tak pozostałych uwolnionych, jak i polityków: Ihara Łosika, Uładzimira Żygara czy Anatola Labiedźki. W swoim stylu wypowiedział się wcześniej Zianon Paźniak, który jest obecnie skonfliktowany nie tylko z ZGP.

"Istotą niemieckiego stanowiska jest likwidacja państwa białoruskiego poprzez włączenie go do Rosji. Ekonomicznym interesem takiej polityki jest tani dostęp do rosyjskich zasobów energetycznych - ropy naftowej i gazu. Interesy polityczne obejmują wywieranie presji na Polskę (rozwiązywanie długotrwałych i uporczywych problemów). Metoda ta polega na wspieraniu walki z dyktaturą poprzez tworzenie na Białorusi opozycji antyreżimowej i prorosyjskiej, zależnej od Niemiec (Unii Europejskiej)." - problem polega jednak na tym, że Paźniak wskazuje głównie na Cichanouską, która notabene niedawno mówiła o groźbie poświęcenia wolności Białorusi na rzecz pokoju z Moskwą.

To co dla nas ważne, ukryte jest w najbliższej przyszłości. Czas Łukaszenki mija, z czego zdaje sobie on sprawę przygotowując prawdopodobnie azerski model przekazania władzy na rzecz najmłodszego syna Nikołaja. Nie wiemy, jak ten scenariusz się zakończy. Zwłaszcza, że dla przyszłości Białorusi, będącej obecnie faktycznym lennem Moskwy, przeważają tylko pesymistyczne prognozy. Jednak w końcówce lat 80 również nikt nie przypuszczał, iż historia przebiegnie tak szybko i niespodziewanie, jak to się stało wówczas. Stąd długofalowe, polskie wsparcie dla wolnych Białorusinów jest inwestycją nie tylko w naszą przyszłość, ale również całego regionu narodów byłej I Rzeczpospolitej.

W świecie gdzie NATO chwieje się w posadach, przyszłość UE nie jest jednoznaczna, a zamiast ONZ proponuje się "Radę Pokoju", przypominający znaczeniem nieco elitarny klub golfowy, potrzeba całkowitej zmiany oceny tego co znajduje się przed nami. Niezmiennie dodam, że podstawy działania napisano wieki temu. Co pozostawiam do rozważenia.


opr. wł.
Wirtualna kawa za pomocą portalu suppi.pl:
Wspieraj nas na suppi.pl