Zdjęcie: Pixabay
30-06-2026 13:20
Mimo trwającego już od dłuższego czasu deklaracji politycznych o konieczności odcięcia się od rynków Rosji i Białorusi, łotewski biznes na masową skalę kontynuuje wymianę handlową ze Wschodem. Z danych celnych wynika, że w ciągu pierwszych pięciu miesięcy bieżącego roku obroty z Rosją i Białorusią osiągnęły wartość ponad 46 milionów euro, z czego ponad 27,6 miliona przypada na rynek rosyjski.
W proceder ten zaangażowanych jest niemal 150 podmiotów gospodarczych – towary z Rosji sprowadzały 104 przedsiębiorstwa, natomiast z Białorusi 71 firm, przy czym 12 z nich handlowało jednocześnie z obydwoma państwami. Choć większość importerów jest zarejestrowana na Łotwie, ich tożsamość pozostaje ukryta z powodu unijnych przepisów o poufności, a tamtejszy fiskus odmówił odtajnienia choćby ponumerowanej listy przedsiębiorców, zasłaniając się brakiem personelu. Sytuacji nie zmienią też nowe przepisy nakazujące publikację samych nazw firm, ponieważ nie ujawnią one skali finansowej poszczególnych transakcji.
Na liście najchętniej sprowadzanych produktów królują towary, dla których bez problemu można znaleźć alternatywę w Europie lub Azji, a o ich wyborze decyduje wyłącznie atrakcyjna cena. Ponad 9,2 miliona euro wydano na odpady buraczane z melasą, 7,3 miliona na nawozy mineralne, a miliony euro popłynęły także na zakup rosyjskiej sody kaustycznej, tworzyw sztucznych oraz wyrobów hutniczych. Co ciekawe, organizacje zrzeszające łotewskich rolników, branżę metalową czy sektor hazardowy zgodnie zapewniają, że ich członkowie nie wykorzystują w swojej działalności produktów ze Wschodu, co sugeruje, iż Łotwa służy głównie jako hub przesyłowy do innych państw europejskich. Problem ten dotyczy całej bałtyckiej trójki, choć widoczne są pewne różnice: w Estonii obok chemii i żywności silną pozycję zajmują rosyjskie książki, z kolei na Litwie, która w pierwszym kwartale sprowadziła towary z Rosji za blisko 20 milionów euro, dominują nawozy mineralne oraz białoruski aluminium.
Weług łotewskich mediów, wobec braku unijnego konsensusu, władze wykazują dużą opieszałość w blokowaniu importu ze wschodu. Pod koniec maja ustępujący rząd Eviki Siliņy rozpatrzył raport i zamiast wprowadzenia natychmiastowych zakazów, nakazał ministerstwu przygotowanie analiz, które mają powstać pod koniec lata.
Nowy premier Andris Kulbergs również nie spieszy się z rewizją tych ustaleń, tłumacząc się brakiem gotowych opinii ze strony resortów. Paradoksalnie, przygotowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych projekt sankcji zakłada zablokowanie sprowadzania towarów o marginalnym znaczeniu dla budżetu, takich jak odzież, obuwie czy gry wideo, całkowicie pomijając warte miliony euro sektory chemiczny i nawozowy. Wyjątkiem są artykuły poligraficzne – na Łotwie monopol na import rosyjskich książek wartych blisko 4 miliony euro dzielą prawdopodobnie tylko dwa hurtowe przedsiębiorstwa, które odmówiły jakiegokolwiek komentarza w tej sprawie.